<< TWÓRCZOŚĆ | INNE OPOWIADANIA

OBŁĘDNY RYCERZ

"The Pain is here - to tell me that I'm still alive!
Alive!
Alive to fight another day..."


Hatebreed, "The Most Truth"

     Co dzień marzę o tym by położyć się spać i po przebudzeniu odkryć, że znajduję się... gdzieś indziej nawet, jeśli miałaby to być czeluść z huczącym ogniem, czy wielki kocioł z wrzącym olejem. Wtedy wiedziałbym przynajmniej, że jest to miejsce, do którego zawsze pisane mi było trafić. Piekło i tak pewnie okazałoby się rajem po tej... nędznej parodii egzystencji, z którą każdego dnia próbuję się zmierzyć. Wiem, że te nieliczne chwile, kiedy jestem w stanie samodzielnie myśleć, znajdujące się na cienkiej granicy między snem a jawą, za chwilę miną. Już czuję nadchodzące przebudzenie - jak zwykle, prowadzi ze sobą swego paskudnego kumpla, koleżkę, którego i ja dobrze znam - ze wszystkich stron - gdyż jest on także 'mym' towarzyszem... Przebudzenie wiedzie, bowiem Ból. Ten sam, który właśnie przemierza drogę od koniuszków palców u stóp do czubka głowy, by w końcu powrócić i zatrzymać się w okolicach żołądka i klatki piersiowej... Po porannym ataku jestem już w stanie poczuć chłód wilgotnej, kamiennej podłogi. Otwieram oczy. Zamazany obraz wyostrza się nieco po dłuższej chwili, więc mogę ujrzeć me więzienie. Próbuję usiąść, lecz drżenie całego ciała, którego do tej pory nie zauważyłem, zwala mnie z powrotem na ziemię. Po chwili dociera do mnie, że już trzy dni jestem bez dawki... Znając życie zaraz zjawi się ten gruby skurwiel - Rodriguez - w towarzystwie kilku cyngli z ciężką bronią i rzuci mi pod nogi jakiś ochłap, który ma mnie trzymać przy życiu póki...

  - Nie słyszysz jak do ciebie mówię, Kerry?! - Kiedy on tu przylazł? Nadludzkim wysiłkiem podnoszę głowę i spoglądam w tłustą mordę tego gnoja, która aż sama prosi się o to, by jej przygrzmocić.
  - Niestety słyszę cię doskonale śmieciu... A teraz daj mi działkę!
  - Ooh, czyżby malutki Kerruś się niecierpliwił? Oczywiście tatuś da mu cukierka - ale nie od razu! Grzeczne dzieci nie jedzą słodyczy przed obiadkiem.

     Jeden z ludzi tego szczura rzuca mi w twarz kawałem zimnego, niedopieczonego mięcha. Nie ma to jak codzienna dawka składników odżywczych. Kiedy ja dokonuję najbardziej heroicznego czynu na jaki mnie w tej chwili stać, Rodriguez z sarkastycznym uśmiechem wbija we mnie swoje chciwe, obleśne spojrzenie a jego ludzie rechoczą... Rechoczą patrząc jak z olbrzymim trudem siadam i opieram się o ścianę. Ich rechot przechodzi w cichy, szyderczy śmiech, gdy podnoszę bezkształtny ochłap do ust. Po tym jak pierwszy kęs znajduje się w żołądku muszę przez chwilę zwalczać wymiotny odruch. Staram się nie słyszeć cyngli, zamykam oczy i zaczynam jeść. Przełykam to świństwo kawałek po kawałku - tak jak zawsze - pokrzepiając się myślą, że z każdym łykiem jestem coraz bliżej uzdrowienia... Bliżej zbawienia... Bliżej uzyskania działki... W końcu połykam resztkę mięsa i spoglądam wyczekująco na Rodrigueza.
  - Dobry piesek, taaak dobry. Przysporzy dziś panu dużo pieniążków.
  - Dawaj...
  - O tym mówisz? - Stary szczur unosi w górę strzykawkę wypełnioną ciemnobrązowym płynem. W jednej chwili zrywam się z ziemi i rzucam na bydlaka! Potężne łańcuchy jak zwykle zatrzymują me dłonie 'tuż' przed jego twarzą. Przez chwilę miotam się jak zwierze w klatce. Widzę jak on i jego ludzie rechoczą, lecz nie słyszę ich. Jedyne dźwięki, jakie do mnie dochodzą to szum mej własnej krwi i głos, który każe mi zabić. Zabić! ZABIĆ! By tylko móc wstrzyknąć w siebie boską substancję i w końcu ulżyć skatowanemu ciału! Szał znika równie szybko jak się pojawił a podłoga trzęsie się, gdy zwala się na nią me ciało...

***

     Jak zwykle - dałem się podejść... I z ogromnym, paraliżującym bólem obudziłem się w klatce przy arenie - jak zwykle. Rodriguez zawsze stosował ten trik gdy zbliżał się dzień walki - najpierw dwa, trzy dni postu od wszystkiego, a później prowokacja i strzykawa z potężnym środkiem nasennym. Śmieć wie, że gdyby dopuścił mnie zbyt blisko siebie zginąłby w męczarniach - i ma cholerną rację! Myśl o zabijaniu tej opasłej świni dodaje mi sił. Łapię za kraty i podnoszę się na klęczki. Przez chwilę walczę z potężnym zawrotem głowy, któremu oczywiście towarzyszy Ból.
  - Może przestaniesz się w reszcie modlić i założysz pancerz?! Szef zaraz przyjdzie, więc rusz dupsko!
  - Nie słucham go... Na arenie kilku, punków toczy właśnie walkę z Vhaav'em. Takim jak oni wydaje się, że jeśli mają dziesięciokrotną przewagę liczebną i kilka kolczastych łańcuchów to zabiją nawet szpona śmierci. Vhaav obrywa, ale wygląda na to, że... nie chce walczyć. Publiczność klnie i buczy na bestię, lecz ona niewzruszona przyjmuje ciosy nawet wtedy, gdy powalają ją na piach i dopadają z nożami... Nie do wiary... To już naprawdę koniec... Czyżby stary weteran po dwóch latach krwawych walk - właściwie rzezi, których dokonywał na wrogach - podjął decyzję zakończenia tego marnego żywota? To niemożliwe... Patrzę na obrzydliwą publiczność, która domaga się rozrywki, która domaga się krwi, ale nie takiej, jaka popłynęła dziś z Vhaav'a. Oni chcą by krwi towarzyszył strach, niepowstrzymana agonia. Chcą śmiać się z cierpienia i obsranych spodni zabijanego stworzenia. Widzę jak trzech uzbrojonych cyngli podchodzi do zmasakrowanego ciała włochatego stwora. Jeden z nich oddaje kilka kontrolnych strzałów w jego głowę, po czym wywlekają ciało poza arenę. Kiedy przechodzą obok mojej klatki mogę poczuć zapach krwi i zauważyć setki drobnych ran i kilka zwisających kawałków mięsa. Kilka zwisających... ochłapów... Nagle strażnik, który mnie pilnował, wyskakuje znienacka od strony areny i poganiaczem bydła uderza w twarz. Palący ból na chwilę odbiera mi wzrok...
  - Nie słyszysz, co do ciebie mówię bydlaku?! Zakładaj zbroję i płaszcz!

     Zaraz, co on powiedział? Zbroję? Oglądam się za siebie i faktycznie widzę mój napierśnik... Ten sam, który miałem na sobie podczas Odwrotu! Obok niego leży purpurowy płaszcz... Stary purpurowy płaszcz Wybrańców Mistrza. Mój płaszcz... Dzisiaj... Ten dzień nastąpi dzisiaj. Vhaav podjął decyzję po dwóch latach. Ja jestem tutaj już sześć... I nigdy nie było lepszej okazji do ucieczki niż szansa, którą mam tym razem... Myśli kotłują się w głowie, gdy zakładam stalowy napierśnik oraz karwasze i nagolenniki - wszystko podbite skórą bramina. Cały komplet jest nieco zniszczony przez czas, ale z pewnością wystarczy bym posłużył się nim do zdobycia wolności - w ten czy inny sposób. Gdy zakładam płaszcz, w dziury na prawym ramieniu wsuwają się kolce naramiennika.
  - Już prawie zapomniałem jak wygląda mutant idący do walki. Gdy zobaczyłem cię tak ubranego przed sześcioma laty wiedziałem, że 'muszę' mieć coś takiego w swoim zwierzyńcu. - Paskudna morda Rodriguez'a taksuje mnie swymi wyłupiastymi oczyma, gdy ten uśmiecha się pykając cygaro.
  - Dlaczego akurat dzisiaj?
  - Ano, dlatego przyjacielu, że... psycho... - Na dźwięk tego słowa moim ciałem targa dreszcz. - ...podrożało. - Mam świetnych speców, którzy robią prochy dla moich pupilków - twoje przysmaki też od nich pochodzą - lecz pewne półprodukty potrzebne do tworzenia tego typu wojskowych stymulantów drożeją z dnia na dzień. Środki mutagenne za to... można znacznie taniej stworzyć, gdy posiądzie się odpowiednią wiedzę i sprzęt. Wiedzę i sprzęt, które są w moim zasięgu.
  - Pozbywasz się mnie, tak? - Staram się być spokojny.
  - Biznes jest biznes Kerry - nawet takie głupie bydlę jak ty to rozumie. Poza tym gdybym chciał trzymać cię tu dużej to i tak nie dałbym rady, bo takie... wynaturzenia jak ty są niewrażliwe na efekty środków mutagennych. Z resztą, jeśli próbowałbym faszerować cię czymś innym niż twoim syfem zdechłbyś mi w kilka, najwyżej kilkanaście dni.
  - I zakułeś mnie w pancerz, bo chcesz mi ułatwić śmierć, tak? - Pytam z ironicznym uśmiechem.
  - Nie bądź głupi! Dałem ci twój stary sprzęt abyś podczas swej ostatniej walki wyglądał jak prawdziwa groza z zachodniego wybrzeża, a nie jak strzęp tego, czym byłeś dawniej... Dzisiaj masz się, choć starać wyglądać godnie.
  - Po co? Nawet, jeśli wygram, i tak mnie zabijesz.
  - Zgadza się! Ale jeśli ja - albo jeszcze gorzej - jeśli 'widownia' uzna, że wyglądasz jak jebany ćpun a nie gladiator, to nie ograniczę się do jednej kulki w łeb.
     Groźby nie robią na mnie najmniejszego wrażenia, ale mam go dość. Zbroja dodała mi wigoru i pewności siebie, ale nie jest w stanie zaspokoić głodu...
  - Daj mi cholerną działkę a dostaniesz takie przedstawienie, że nawet ty będziesz miał pełne gacie strachu! - Rodriguez wydaje z siebie cichą serie skrzeków, co jest jego odpowiednikiem śmiechu.
  - Nigdy nie miałem wątpliwości, że takie właśnie będzie twoje ostatnie życzenie. A jako iż byłeś moją ulubioną maszynką do robienia forsy to 'nawet' je spełnię.

     W końcu bydlak wyjmuje strzykawkę i wrzuca ją przez kratę do celi. Coś jeszcze mówi, ale poza leżącą przede mną 'trucizną' nic już nie ma znaczenia. Kiedy ją podnoszę ma ręka drży a łzy same cisną się do oczu. Po chwili opanowuję się i odnajduję żyłę. Gdy wstrzyknąłem sobie psycho... wszystkie zawroty głowy, drgawki, ciarki i cholera wie, co jeszcze zamilkły. Wyjątkiem był Ból - on w prawdzie przestał męczyć ciało, lecz zaczął szeptać memu umysłowi... Chciał bym podzielił się nim z innymi. Z każdą istotą, która znajdzie się w zasięgu ręki... i woli. Krata podnosi się. Wstaję i zakładam kaptur, po czym ruszam na środek areny gdzie, jak zawsze, oczekuje mnie wbity w ziemię Mord. Niejednokrotnie przyglądałem się jak wnosiło go tutaj dwóch ludzi - dwóch słabych ludzi, którzy powinni zginąć. Moje palce dotykają owiniętej specjalną, tkaniną rękojeści i zamykają się na niej. Płynnym ruchem wyszarpuję ogromny miecz z ziemi i wywijam potężnego młyńca, co powoduje, że efekt narkotyku zostaje dodatkowo pobudzony. Na ten widok ludzie siedzący na bezpiecznych, zbudowanych pięć metrów nad ziemią, trybunach wytrzeszczają oczy i wzdychają z podziwem - wszyscy widzieli jak miecz był wnoszony przez dwóch mężczyzn i nie wyobrażali sobie kogoś, kto mógłby go sprawnie używać. Przynajmniej ci z nich, którzy nie widzieli mnie wcześniej - dla ponad trzymetrowego supermutanta, przez całe życie szkolącego się w walce wręcz, Mord jest spełnieniem marzeń - choć imię to nadałem mu na długo po jego otrzymaniu. Dzisiaj jednak, ma on ostatecznie udowodnić mi, że na nie zasługuje. Dzisiaj - kiedy wiem już dokładnie, co należy zrobić...

[oceń opowiadanie]
(konieczna rejestracja na Shamo)

© 2007 Kwiatmen666

<< TWÓRCZOŚĆ | INNE OPOWIADANIA