NAUCZYCIEL 2137
Opowiadanie o Nauczycielu, który postanowił zlekceważyć Zasady i zachować wątpliwości dla siebie. Tym działaniem dał początek wydarzeniom, które nie są przedmiotem tego tekstu.
1.
Później rodzice przenieśli swoje dzieci na strych domu. Ułożyli je na starych szmatach, przykryli kocami. Jeden z nich przygotował strzykawkę i zdezynfekował nad płomieniem świecy grubą igłę. Butelkę z ciemnym płynem położył obok na tacy. Za kilka godzin - gdy zaczną się budzić - będzie gotowy. Zastrzyki są lepsze niż powrozy. Może droższe, ale przecież nie będą oszczędzać. Nie w takiej chwili.
Dzieci leżały nieruchomo. Po raz kolejny ktoś inny zadecydował o ich losie. I tym razem nie mogły protestować. W zamian za to po raz kolejny przekonają się, ze ich rodzice wykazują zadziwiające zdolności organizacyjne w celu zaspokojenia ich "dobra". Tym razem wszystko było lepiej przygotowane - teraz już nie będzie błędu sprzed kilku lat który, doprowadził do dzisiejszej sytuacji. A szczególnie stanu mieszkańców, pomiędzy którymi na próżno szukać nastoletniej młodzieży. I stanu pobliskiego cmentarza z zarastająca chwastami alejką niewielkich grobów.
Dzieci były zabezpieczone. Podjęto ryzyko problemów, które mogą wyniknąć z przedawkowania narkotyków. Oni się z tym pogodzili. Rozpoczęto teraz przygotowania do przywitania łowcy, który sam siebie nazywał Nauczycielem.
2.
Tyle razy oglądał już podobne miasteczka. Z biegiem lat wszystkie upodabniały się do siebie. Mieszkańcy dbali tylko o kilka ulic, część domów, kościół, jakiś większy budynek, który akurat był w centrum i niejako "pod ręką". Wszystko inne z upływem czasu szarzało, pokrywało się brudem i podlegało naturalnej degradacji. Mieszkańcy nie mieli siły i ochoty na czyszczenie ulic, na sprzątanie narastającego bałaganu. Gdy nastały spokojniejsze czasy ludzie myśleli raczej o sobie, niż o porządku na ulicach.
Coś go jednak zastanowiło. Przez moment nie mógł ustalić, co takiego odróżnia to miasteczko od innych. Dokładniej obejrzał krajobraz za brudnymi szybami. Teoretycznie wszystko było takie samo jak wszędzie, albo prawie takie samo. A jednak - ulice były minimalnie szersze, co umożliwiałoby minięcie się dwóch samochodów, oraz nigdzie nie widział opuszczonych budynków, które mogłyby grozić niespodziewanym zawaleniem. Były zamiast nich stosy nieszkodliwych gruzów. Ktoś - dla bezpieczeństwa - wyburzył ruiny. Ciekawe. O ile rozumiał celowe zburzenie rozpadających się domów, to w ogóle nie mógł zrozumieć, dlaczego zadano sobie tyle trudu, aby utrzymywać porządek na drogach. Przecież nie mają tutaj kilku samochodów! Niemożliwe. Może mają zaprzęgi konne, albo jakieś wozy, do których zaprzęgnięte są krowy. Faktycznie, widział po drodze kilka krów. Nawet teraz, po drugie stronie placu, dwie krowy skubały jakieś zielsko. Tylko dlaczego te cholerne krowy tak ryczą...
Cholera, starzeję się.
Odwrócił głowę w stronę z której dobiegało do niego ryczenie, tylko nie krowy, a jednego z dzieciaków siedzących w pierwszym rzędzie na świeżo umytej, ale gnijącej podłodze.
3.
- O co pytałeś, chłopcze? - Nauczyciel sprawiał wrażenie troszeczkę zdezorientowanego - Zamyśliłem się nad jedną sprawą i nie słuchałem zbyt dokładnie.
- Pytałem, dlaczego te domy na zdjęciach są takie wysokie?
Chłopiec przez moment był nadzwyczaj odważny. Wykrztusił z siebie pytanie jednym tchem i skulił na podłodze w oczekiwaniu na odpowiedź.
- Wcale nie! - ktoś z tyłu - chciałeś zapytać, dlaczego ma pan taki głupi wyraz twarzy!
Dzieci zaryczały ze śmiechu, a piegowaty krzykacz schował się za plecami innych. Głupkowate uśmiechy, kretyńskie żarty, śmiechy w kątach, przedrzeźnianie i lekceważące ziewanie. To wszystko wyobraził sobie i zrozumiał, że nie potrafi już zapanować nad małym tłumem. Mógłby spróbować, mógłby zacząć jeszcze raz, ale... po co?
- Dobra, wszyscy jesteśmy zmęczeni - udało mu się przekrzyczeć harmider - zarządzam pięć minut przerwy.
- Ale my nie mamy zegarka...
- Wiem. I nic mnie to nie obchodzi. Czarni wam powiedzą.
4.
Wracały do sali powoli, z pewną niechęcią. Siadały pozornie bez żadnego porządku. Nauczyciel doskonale wiedział, że to nie jest takie proste i dzieciaki zawsze siadają w określonym porządku. We wszystkich wioskach, miasteczkach, zapadłych dziurach czy nawet w pojedynczych rodzinach które samotnie odwiedzał w swojej karierze przekonał się, że dzieci zawsze siadają w ściśle określonym porządku. Z przodu siadają słabsi fizycznie, niedowidzący lub pogardzani przez innych. Z tyłu zawsze siadają silni fizycznie i pewni siebie. Miejsca z tyłu - obojętnie jak by nie spojrzeć - zabierali silni. Silni fizycznie, umysłowo, posiadający te dwie cechy równocześnie lub ci, którzy potrafili przewodzić grupie. Z przodu mogli siedzieć nawet wybitnie uzdolnienie i wyjątkowo bystrzy, ale rzadko posiadający wyobraźnię i pewną społeczną zaradność. Co z tego że potrafił czytać i pisać, jak któregoś dnia przypadkowo, podczas prac w polu czy warsztacie, odmrozi sobie ręce lub ulegnie innemu wypadkowi? Rzadko się zdarzało, aby geniusze dożywali osiemnastego roku życia. Uzdolnione kierunkowo jednostki, które nie posiadały umiejętności przewodzenia innym i stworzenia grupy która będzie umiała ich ochronić, nie miały prawa bytu w tym środowisku. Wybitnie uzdolnieni pojawiali się, takie było podstawowe założenie pracy nauczyciela. Znaleźć geniusza, zanim - nie potrafiąc się dopasować do środowiska - utraci swój geniusz. Utraci go w sposób brutalny, po zetknięciu z ponurą rzeczywistością ciężkiej codziennej pracy, utraci go w sposób głupi - od zakażenia po jakiejś bójce lub pogryzienia przez psa, albo utraci swój geniusz na własne życzenie - zamykając się w sobie, tłamsząc go w zarodku i upodabniając się do rówieśników. Szukał właśnie te dzieciaki, które miały zadatki na naukowców, na naukowców o wąskich zainteresowaniach i nie przygotowanych do przetrwania. Nie szukał tych, które były uzdolnione wszechstronnie lub posiadali charyzmę lidera. Jak pokazywała praktyka oni sami dawali znać o sobie. I wtedy byli gotowi sami dotrzeć do Miasta, albo Miasto docierało do nich. Do nich nie wysyłano Nauczycieli, tylko Przywódców. I w zależności od okoliczności przywódcy docierali do nich w otoczeniu doradców, lub poprzedzała ich grupa Czarnych.
Patrzył na dzieci wchodzące do sali i siadające na podłodze. Wiedział, że siadają w określonym porządku. Ten porządek można było wyjątkowo łatwo rozpoznać. Kilku z przodu, kilku z tyłu. Grupa pomiędzy. Nawet nie musiał się zbyt dokładnie przyglądać. Doświadczenie opowiedziało mu historię ich życia. Niemal dzień po dniu mógł odtworzyć ich życia. Życia jakich setki, tysiące. Życia skazane na ciężką pracę i brak marzeń. I doświadczenie wielu lat pracy z podobnymi dziećmi nakazało odrzucić uprzedzenia i jeszcze raz każdemu z nich się przyjrzeć. Każdemu należy się szansa. Nawet takim matołom.
Na dłuższą chwilę zatrzymał się przy oglądaniu dziecka siedzącego z boku, przy samym wejściu. Przyszło jako ostatnie, i teraz przygarbione siedziało na podłodze. Ręce i twarz miało owinięte jakimiś szmatami. Nie widział nawet jego oczu. Chory na trąd. Albo coś jeszcze gorszego. Ale z pewnością nie było to zaraźliwe jeżeli pozwolono mu chodzić po miasteczku. Dziecko ani razu się nie odezwało, ani razu nie poruszyło się, nie drgnęło z większego zainteresowania lub nie wierciło się z nudów. Po prostu siedziało, patrzyło i słuchało. Takie było całe jego życie. Siedzieć cicho i w spokoju oczekiwać na kawałek chleba i kubek wody. Nauczyciel znał wiele takich dzieci, widział je bardzo często, ciche, milczące i słabe jak to tutaj, oraz ciche i milczące po śmierci - leżące z dala od osad ludzkich i skazane na gnicie w samotności. Ale jeszcze nigdy nie widział chorego dziecka, które przyszłoby wysłuchać jego Opowieści. Przecież Opowieści Nauczyciela skierowane były do żywych, zdrowych, silnych i mądrych dzieci. Chorzy nigdy nie mieli i nigdy nie będą mieli prawa wstępu do Miasta, więc nie mają po co przychodzić na Opowieści. I rzeczywiście chore dzieci nigdy nie przychodziły, wolały kręcić się w okolicach rodziców szukając litościwego gestu, lub myszkować po chwilowo opuszczonych domach. To dziecko, niewątpliwie nieuleczalnie chore, przyszło posłuchać o Wielkiej Przeszłości, o Wielkiej Nauce, o tym wszystkim co niosły jego Opowieści. To dziecko przyszło posłuchać o tym wszystkim, z czym nigdy nie będzie miało okazji się spotkać.
Za długo na nie patrzył. Dźwignęło się z podłogi i wyszło z sali.
"Może później je odszukam. Jak nie zapomnę." - Nauczyciel popatrzył na półotwarte gęby i zasmarkane nosy. Bez przekonania rozpoczął trzecią część Opowieści.
5.
Tyle razy opowiadał już trzecią część. Tyle razy już pokazywał zdjęcia, fragmenty książek i uzupełniał je tymi samymi słowami. Staranie opracowana dawka informacji, którą miał przekazać dzieciom. Gdyby choćby jedno z dzieci wykazało specyficzny rodzaj zainteresowania, polegający na dostrzeżeniu pewnych sprzeczności i próbie ich wyjaśnienia, mógłby przejść do kolejnego etapu polegającego na dokładniejszym zbadaniu potencjału naukowego tego dziecka. Szkoda że tak rzadko miał okazję to robić. Słysząc swoje beznamiętne słowa i automatycznie pokazywane zdjęcia starał się wczuć w umysły tych dzieci i zrozumieć co teraz myślą. Przypuszczał, że jest dla nich całkowicie obcy, może nawet jest kimś niepotrzebnym i bezsensownie opowiadającym o całkowicie niezrozumiałych dla nich sprawach. Opowiadał bajki. I oni słuchali tych bajek, bo taka była tradycja i tak kazali rodzice. Słuchali bo musieli, a nie dlatego że ich to interesowało. Dla nich Miasto było taką samą bajką jak poranek bez głodu skręcającego brzuch.
Był jednak Nauczycielem i opowiadał. W trzeciej części Opowieści przekazywał określone fakty z drugiego tygodnia po Wojnie. Wszystkie jego słowa były jak wyuczona na pamięć i nikomu już niepotrzebna modlitwa. Co z tego, że dzieci słuchały, jak nic nie rozumiały i nawet nie miały pojęcia jak mało rozumieją. Zdawał sobie sprawę z dużo gorszej sprawy - te dzieci już spisał na stracenie, co było fundamentalnym zaprzeczeniem jego misji. Kiedy ta myśl dotarła do niego nawet się nie zdziwił. Po prostu pogodził się z tym. Podobnie jak dzieciaki siedzące na podłodze pogodziły się ze swoim losem.
6.
Po raz ostatni obrzucił wzrokiem słuchaczy. Wiedziały, że będzie zaraz kończył Opowieści i już zaczynały się niecierpliwie kręcić. Postanowił nie przedłużać i jak najszybciej opuścić to miasteczko. Niesłuszne obrzydzenie do dzieci przelało się na niego samego. Wiedział, że jest niesprawiedliwy, że mógłby poświęcić więcej uwagi, że mógłby ciekawiej opowiadać, że mógłby wiele zrobić dla nich, aby pobudzić ich uśpione lub stłamszone umysły. Postanowił jednak bezdusznie zastosować procedury i po raz kolejny odejść samemu. Żadne dziecko nie zaskoczyło go absolutnie niczym. Żadne dziecko nie miało tego błysku w oku. Mógł odjechać w spokoju i nie zawracać sobie więcej głowy. Wiedział, że szybko zapomni. Musiał zapomnieć, aby jutro lub za kilka dni z czystym umysłem poprowadzić kolejne Opowieści. Już w innym miejscu, z innymi dziećmi, z innymi myślami i innym nastawieniem. Sam już nie wiedział co go irytuje w tym miasteczku i jego mieszkańcach. Czy była to tępota dzieci, czy była to podejrzliwość rodziców, lekceważące uśmiechy burmistrza, a może zbyt szerokie ulice lub fakt, że po raz pierwszy w jego karierze na Opowieści przyszedł ktoś nieuleczalnie chory, a on - Nauczyciel - nawet nie spojrzał mu w oczy.
Podejrzewał, że ma po prostu zły dzień i lepiej go zakończyć, zanim nie wydarzy się coś naprawdę złego.
Wyszedł z pomieszczenie nie patrząc na nikogo i nawet nie zostawiając swojego wpisu w Księdze Wizyt.
7.
Burmistrz stał kilka metrów przed samochodem. Przed nim leżał pakunek z daniną mieszkańców. Plastikowy, dwudziestolitrowy baniak z benzyną robił wrażenie. I gdyby nie ten baniak to Nauczyciel nawet nie podszedłby do niego.
- Zbieramy się do odjazdu - Nauczyciel nie wyciągnął do niego ręki na pożegnanie i nie spuszczał z burmistrza badawczego wzroku - Nie będziemy Was więcej kłopotać.
- Ależ...
- Lepiej nic nie mów. Nie wiem co tutaj się dzieje, i szczerze mówiąc nic mnie to nie obchodzi. Wyjeżdżam.
- Przygotowaliśmy kilka drobiazgów, które mogą Wam się przydać w drodze. To dary od całej społeczności...
- Wezmę tylko benzynę. - nieznacznie wskazał palcem na baniak i jeden z Czarnych podszedł aby go zabrać. Kiedy szedł, lufa karabinu nawet nie drgała. Ochroniarz zatrzymał się, czekając aż Nauczyciel skończy rozmowę. - Resztę możecie zachować.
- Nauczycielu - burmistrz wykrztusił trochę przez zęby, nigdy nie lubił prosić - czy Miasto przewiduje wizytę Lekarza w tej okolicy?
- Nie wiem, człowieku. Może. - odwrócił się plecami i powoli odchodził - Dbajcie o ciężarne kobiety, dzieci są bezcenne.
Wsiadając do samochodu poczuł ulgę. Możliwe, że coś tutaj poszło nie tak, że coś przeoczył i wyszedł na idiotę, ale powoli coraz mniej go to interesowało. Teraz musieli tylko dotrzeć do schroniska gdzie zostaną przez dwa dni, zanim nie ruszą do kolejnego miasteczka. Dwa dni spokoju, w czasie którego uzupełni notatki i prześle raport o swojej pracy. Na razie nie miał po co wracać do Miasta.
Gestem zakończył rozmowy ochroniarzy i zaczął przygotowywać się do kilkugodzinnej podróży w samochodzie jadącym po resztkach asfaltowej drogi. Tymczasowo odsuwał od siebie niepokojące wspomnienia z miasteczka, wspomnienia związane ze zbyt głupimi dziećmi, zbyt cwanym burmistrzem, zbyt zaciekawionym chorym na trąd i zbyt szerokimi ulicami. Dlatego właśnie nie odpowiedział na formalne pytanie jednego z Czarnych. Też uważał, że zespół medyczny niepotrzebnie traciłby tutaj czas.
8.
Otępione narkotykami nie słyszały odjeżdżającego samochodu Nauczyciela. Nie słyszały również westchnień ulgi i głośniejszych rozmów rodziców. Odjechał. Teraz wszystko znowu wróci do normy, do szarej rzeczywistości mozolnego realizowania marzeń rodziców.
Dzieci, które nie zdradziły sekretu otrzymały jako pochwałę solidne porcje słodyczy. Rodzice mieli ten dzień wolny od pracy. Te na strychu - dzień wolny od nauki. A trędowate pożegnało się z nadzieją na wizytę lekarza.
© Setuar - 22.11.2004r.