LOST CITY
New Reno, jedyna pozostałość po
kulturze minionej cywilizacji. Łatwy zysk, narkotyki, sex to
wszystko co rządziło niegdyś całymi stanami. Teraz tylko tu
przetrwały dawne porządki. Zawsze można było tu wrócić,
żeby zobaczyć obraz jakże zbliżony do opowieści o
początkach. Robiło tak wielu, rabusie, najemnicy czy wreszcie
szarzy ludzie, uciekający od żaru pustkowi. Nie raz słyszano o
tych, którzy dręczeni śmiercią i wszechobecnym pyłem
wyruszali by szukać szczęścia, czy choćby nadziei. A to
miasto mogło dać nadzieje, przynajmniej takim ludziom jak oni.
Nieważne było ilu z nich ginęło, ilu znikało w swych nowych
domach, czy nawet ilu traciło tu wszystko i dzieliło los tych
którzy samotnie ruszali w pustkowia, aby znaleźć tam śmierć.
To miasto było wrogie dla przybyszy. Obce dla całego świata,
który uległ nuklearnej pustce. A mimo to zachwycało, neonami i
szczęściem. Sztucznym śmiechem, który odbijał się często
wśród zatłoczonych ulic. A mimo to pełnym nadziei dla tych,
którzy nie znali jego źródła, a byli nim często
dogorywający narkomani czy też przybysze, wydający na siebie
wyroki wygranymi w kasynach. I tak żyło się tu, w New Reno ...
mieście starych zwyczajów, w którym mi dane było mieszkać i
pracować na dożywotnim, jak mi się wydawało stanowisku. Ale w
końcu każdemu zdarzają się wzloty i upadki... każdemu
nieprawdaż?
Jeszcze kilka tygodni temu byłem wolnym
handlarzem Jet. Mały kapitał, którego historia nie ma tu teraz
znaczenia, zaowocował niezłym źródłem utrzymania. W tym
świecie rzadko kto pytał o cenę, pieniądze były zbyt łatwo
osiągalne, tak przynajmniej myśleli moi klienci. Lecz niewiele
starych twarzy widywałem na ulicy. Cóż nie zawsze udawało
się okraść bogatych, a tu błędy nie były dopuszczalne.
Mój, po części także...
Dokładnie sześć dni temu przybył do
miasta wędrowiec. Jednak jakże różny od wszystkich. Nie
dotarł tu o własnych nogach, o nie to było by zbyt banalne.
Przyjechał samochodem, nie przyczepą ciągniętą przez
brahmin'y lecz najprawdziwszym samochodem. Był jednak sam,
przeciw całemu miastu, gangom, układom, przeciw staremu
światu. Od razu po jego przybyciu dała się mi we znaki moja
podległość. Salvatore, bo jego rodzinie podlegałem
powiedział tylko tyle że chce ten samochód. Więcej go nie
obchodziło, niestety mnie tak. Ale co miałem robić,
niewykonana praca oznaczała albo śmierć, albo znacznie gorsze.
Na początek pochodziłem trochę za tym
gościem. Okazało się, że nie był wcale taki groźny.
Niedawno pracował nawet jako barman w Vault City. To była
pocieszająca informacja, nawet bardzo. Daleko od przyjaciół,
chociaż czy w ogóle barman może ich mieć. Nie chciałem brać
kumpli do spółki, zawsze chcieli równego podziału, nawet
jeśli nie kiwnęli nawet palcem, gdy ja się trudziłem. Na
pierwszy ogień miał iść właściciel, w końcu nie wypada
chować się potem po mieście przed jakimś dusigroszem, tym
bardziej jeszcze pochodzących od tych ważniaków ze schronu. No
a kulka w tył głowy na ulicy też mogłaby zakończyć się
kolejna likwidacją świadków a w konsekwencji wojną rodzin.
Mój pomysł wydawał się zdecydowanie lepszy i taki był w
istocie.
- Słyszałeś o starej bazie wojskowej ? - zapytałem
go dzień później.
- Wiele legend krąży ponad piaskami - odparł nadzwyczaj
pewnie - a ja mam zamiar stać się małą częścią wielu
z nich.
- Rozumiem więc, że chciałbyś znać jej położenie ? -
starałem się mówić równie pewnie.
- Jeśli myślisz o tym żeby się tylko przejechać ...
lepiej uważaj... - miałem nadzieje ze nie będzie to
koniec rozmowy. Na całe szczęście miałem racje - ... ale
jeśli znasz je naprawdę to wstrzymaj się do jutra gdyż na
razie nie zamierzam pakować się w nic większego ode mnie.
- No rozumiem ... ale ...- dzień mógł być zbyt długi
tym bardziej, że jego głos zapowiadał kolejne zmiany -
dzisiaj nie radziłbym Ci zostawać pojazdu bez opieki.
Słyszałem, że nie jeden się nim interesuje. Wiec jeśli
chcesz uniknąć kłopotów, to spędź z nim noc w odległej
o godzinę drogi stąd jaskini.
- Nie wiem do czego zmierzasz, ale niech będzie. - dziwna
pewność słyszalna była w jego głosie.
- A jak Cię zwą ? - spytałem niepewnie.
- Cassidy - odrzekł i wskoczył do samochodu.
Po kilku ruchach jego ręki, słychać już było przyjemne
bzyczenie zasilającej pojazd baterii. Przez chwilę
zastanawiałem się nad zastosowaniem wszystkich tych
przycisków, ale w końcu już niedługo miałem mieć na to
dużo więcej czasu. Dopiero gestem ręki przypomniał mi, że
powinienem jednak wsiąść zanim ruszy. Tak też zrobiłem.
To co było godzina drogi dla mnie,
stanowiło zaledwie chwile dla tego urządzenia, Tak więc po
kilku chwilach stałem już w wejściu, wyciągając rękę przed
siebie.
- To tam. Tamten korytarz jeśli możesz wjedź trochę, bo stąd nadal jesteś zbyt widoczny.
- Dziwi mnie Twoja troska - odparł przyspieszając lekko.
Jego czyny były naiwne, zbyt naiwne. Gdy wysiadał zgasił
tylko silnik i przeciągnął się. Błysnęła mi wtedy lufa
czegoś co wyglądało na broń. Ale na to też byłem
przygotowany. Miałem przy sobie moją wysłużoną 44'ke.
Choć i ona miała się przydać tylko w ostateczności.
- Tam jest mały pokój wykuty w skale, jeśli chcesz
wejdź tam dla swojego bezpieczeństwa. Nie wiem co żyje w
okolicach waszego schronu, ale u nas nie jest najprzyjemniej - odparłem ucieszony, że w tym co mówiłem nie dało się wykryć kłamstwa. Zresztą wcale nim nie było.
Nie zapytał o nic, wszedł. I to miał być koniec, jego
koniec. Ale nie zawsze jest kolej upadków. Są przecież i
wzloty. Pierwsze dwa strzały padły jeszcze zanim się
odwróciłem, a następne trzy kiedy dobiegałem do
pomieszczenia. Gdy stanąłem w drzwiach widziałem już tylko
dwa żywe skorpiony. Jednego za, a drugiego przed nim. Nie wiem
czemu to zrobiłem jednak faktem jest, że tego za nim, zabiłem
ja. W tej samej chwili strzelił zresztą i on rozrywając
ostatniego. Tak właśnie odbiegłem od mojego planu, choć może
to i dobrze. Gdy odwracał się w moją stroną zobaczył tylko
zamykające się drzwi, a sekundę potem musiał dobiec go
oczywisty dźwięk, zamka w drzwiach. Nawet nie sprawdził czy
może się wydostać. Choć żyjąc w Vault City pewnie
wiedział, jak mocne robiono w takich miejscach zamki. I to
mógł być koniec, gdyby nie to że było już ciemno. Zbyt
ciemno żeby iść, a tym bardziej żeby uczyć się obsługi
pojazdu. Ale miałem w końcu dużo czasu. Położyłem się w
samochodzie i zasnąłem. Śniłem spokojnie o pustyni, wietrze i
pyle.
Budząc się czułem chłód. Zimny powiew
zbudził mnie gdy słońce wschodziło ponad wysuszonym
pustkowiem. Dzień jednak zaczął się wcześniej. Niestety, nie
dla mnie. Gdy podniosłem głowę zauważyłem, że nie leżę
już w pojeździe lecz na piasku, zaledwie opierając się o jego
koła. Moje myśli hamował zapach rozkładających się resztek
stworzeń, których śladów nie brakowało wśród licznych
wgnieceń na karoserii. Myśli zebrałem dopiero, gdy
usłyszałem czyjeś wołanie. Zerwałem się szybko kojarząc
kolejne fakty. Dziwiło mnie jednak jedno, czemu ktoś
przenosząc mnie podczas snu nie zabrał mi broni ? Sprawdziłem
jeszcze naboje w magazynku, nim zerwałem się celując w
źródło głosu. Wtedy sporo się wyjaśniło. Przede mną
stało coś, robot a może tylko człowiek, osłonięty jakimś
wielkim zmechanizowanym pancerzem. Celując w niego wyglądałem
dość głupio i równie głupio się czułem, gdy postać ta
wybuchła śmiechem. Stłumiony dźwięk wydobywał się przez
głośniki umieszczone na zbroi. Nie pytany o nic, odłożyłem
broń. Nie była by ona przydatna mimo tego, że metalowe ręce
nie zdawały się być uzbrojone w jakąkolwiek broń. Śmiech
cichł równie powoli jak resztki mojej dumy. Lecz gdy ona
zamilkła, z głośników dobył się w końcu głos.
- Pokażesz dziś w końcu tą bazę wojskową ?
- O ile naprawdę znasz jej położenie - zdawał się
kontynuować głos dobiegający z wyjścia jaskini, w którym
stała druga postać, o równie mechanicznym wyglądzie.
Stałbym tam pewnie długo gdyby nie to, że pierwsza z nich
zsunęła hełm. To był Cassidy, uśmiechnięty i zupełnie
spokojny.
- Ale jak ? - zapytałem, nie kryjąc zdziwienia. - Przecież ....
- Nie wszystko wziąłeś pod uwagę - odparła druga z
postaci unosząc coś wyglądającego na radio.
- Wsiadaj lepiej do samochodu. Wspominałeś, że do bazy
jest dość daleko a czasu zająłeś nam wystarczająco
wiele. No i pamiętaj, że póki co jesteś tylko pasażerem. - dodał z uśmiechem - barman.
Wsiadając zastanawiałem się tylko czy, Salvatore nie
podpisze na mnie wyroku, jeśli nie zjawię się z samochodem o
wyznaczonej godzinie. Ale nikt przecież nikt nie mówił, że
mam jeszcze wrócić do tego miasta, gdzie nikt nie uczył się
na błędach minionych pokoleń.
Dragon_Warrior 2002-08-20