<< TWÓRCZOŚĆ | INNE OPOWIADANIA

KRONIKI PUSTKOWI - CZĘŚĆ PIERWSZA

"A lifetime ago, with frozen eyes they closed the door.
Suddenly I realized what locks are for.
No trusting them anymore, lights - are - out."

Sonata Arctica - The Cage

ROZDZIAŁ I - SEN

  Oko, szara skóra, szare białko i ciemna powieka. Tylko źrenica wyróżniała się swoją nienaturalną barwą brązu. Delikatny odcień odznaczał się na tle mrocznego tła. Jednak po głębszym przyjrzeniu na źrenicy odmalowywał się obraz. Nagle znikąd pojawiło się drzewo a wraz z nim rozłożyste gałęzie. To oko na coś patrzyło. Czy tylko na drzewo?
  Dlaczego ja to widzę? Co mam przez to rozumieć? - usłyszał głos w duchu.
  Nagle obraz rozmył się zasnuty tajemniczą mgłą.
  Ktoś leżał. Nie wiedział kto. Pewnym można być tylko tego, że postać ta była ranna. Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna odziany w zielony, potężny pancerz z dziwnym logiem na płycie barkowej leżał skulony na kamiennej wypolerowanej posadzce trzymając się obiema rękoma za brzuch. Znak wydawał się znajomy, ale... nic więcej. Deja vu, najpewniej... Mężczyzna uniósł rękę i zniszczoną rękawicą zasłonił przed kimś twarz.
  Błysk i znów mgła... Co tym razem?
  Szedł przez miasto, Niedawno musiało stać się tu coś strasznego, bowiem większość budynków zamieniła się w kompletną ruinę. Wszędzie wokół niego leżały porozrzucane rzeczy. Od kawałków ciuchów, przez jakieś urządzenia po zabawki i kawałki gruzu. Ale dlaczego to wszystko było czerwone? Dlaczego widzę wszystko na czerwono!? Lustro. Mam pomysł - pomyślał. Mężczyzna podszedł powoli do niego i już miał się w nim przejrzeć, gdy szklana tafla pękła rozsypując się na setki drobnych kawałków. W sekundę później głowę przybysza przeszył potworny pisk. Chwytając się za uszy podniósł wzrok i zauważył jak setki ludzi pojawiających się znikąd przechadza się między zniszczonymi budynkami. Dorośli, dzieci, starcy... Otaczała ich delikatna szara poświata, która niczym mgła pokrywała całe ich ciało delikatnie rozmywając się i rozpraszając w wyniku najmniejszego ruchu. Widział setki zamglonych postaci ciągnących za sobą smugi szarej mgły. Nagle jeden z mężczyzn pojawił się przed nim i przeszedł przez jego ciało, by za chwilę przeniknąć przez ścianę budynku. Zaskoczony rozejrzał się wokół i niczym w słabym spektaklu zauważył setki postaci przechodzących(!) przez ściany i siebie nawzajem. Mężczyzna krzyknął, ale nic nie było słychać. Z jego gardła nie dobył się żaden odgłos.
  I nagle przypomniała mu się twarz tego starca... pozbawiona cienia emocji, zimna i bezbarwna...
  Pisk...

ROZDZIAŁ II - PRZEBUDZENIE

  Co się ze mną stało? Gdzie jestem? - zapytał w myślach. Samotny i ranny ocknął się w nieznanym mu miejscu, co jednak nie było nie było najgorsze. Najbardziej bolała go świadomość, że... nic nie pamiętał.
  Walcząc z potwornym bólem głowy prawą dłonią chwycił się za czoło badając czy wszystko z nią w porządku. Mimo, że wyczuł krew wiedział, że nie stało się nic poważnego i po chwili spróbował się podnieść. Z wielkim trudem, stękając z wysiłku z trzęsącymi nogami ustał niemal wyprostowany i omal znów nie upadł oślepiony przez niespodziewany błysk słońca. Zasłonił twarz dłonią i rozejrzał się wokół.
  Omal nie krzyknął, gdy zobaczył leżące parę metrów od niego ciało. Zorientował się, że mężczyzna nie żyje po poszarpanym ubraniu na klatce piersiowej i pokrwawionym pistoletem leżącym tuż obok trupa. Miał on na sobie zielonkawy uniform z wyszytą na klatce piersiowej podobizną... hej, o znał skądś ten znak. Natychmiast przypomniał sobie skąd. Ten dziwny sen...
  - Co tu się do diabła stało? - zdziwił się słysząc własny głos.
  Dopiero, gdy ten pierwszy raz otworzył usta zrozumiał jak bardzo chciało mu się pić. Rozejrzał się, jednak wokół nie widział nic poza tamtym ciałem... Wokół znajdowało się jedynie jakieś wyschnięte drzewo, trup I leżąca obok broń oraz resztki jakiegoś drewnianego wozu. A wokół morza złotego piasku. Nieznajomy usiadł zrezygnowany i podparł głowę ramionami.
  I co mam teraz zrobić? - pomyślał smutno. - Nie mam jedzenia, wody, żadnej broni i nic nie pamiętam. Ech... co ja takiego zrobiłem? Nie wiem nawet gdzie jestem. Czemu to wszystko wokół wygląda tak cholernie podobnie? Co mam ze sobą zrobić?

- Póki istnieją gwiazdy, zawsze jest jakaś nadzieja.

  - Co? - mruknął rozglądając się wokół. - Chyba się przesłyszałem... , ale to wcale nie jest takie głupie. Tylko skąd ja w ciągu dnia wezmę gwiazdy?!
  Mężczyzna przetarł zabrudzoną twarz dłonią w poszarpanej rękawicy o głośno wypuścił z siebie powietrze jakby chcąc to wszystko z siebie wyrzucić.
  - A co mi tam. - wzruszył po chwili nieznacznie ramionami i chwiejnym krokiem podszedł do ciała, a następnie przeszukał je.
  Nic. Nie było w nim nic poza butelką RotGut'a... Butelką?! Co to RotGut? Ehhh... Nie ważne co jest w środku i jak to się nazywa... To JEST PŁYNNE!
  Uśmiechnął się przebiegle i jak wygłodniały drapieżca rzucił się na szklany pojemnik. Nie zastanawiał się wiele, gdy wychłeptał duszkiem całą zawartość butelki. Po chwili zrozumiał swój błąd.
  - Aaa! Mo.. j..e.. GARDŁO! - krzyknął i krztusząc się opadł na kolana walcząc z atakiem kaszlu. Co tam do cholery było?! - wrzasnął w myślach.
  Wciąż kaszląc, na kolanach podpełzł do najbliższego pnia. Leżał pod nim tak długo, aż gardło przestało go palić żywy ogniem.
  Pierwsze co zrobię, to znajdę najbliższy bar, znajdę kolesia co to produkuje i go zabiję... - pomyślał wściekły leżąc. Rozkoszował się w myślach planując co zrobi temu handlarzowi za nie umieszczanie ostrzeżenia pod nazwą trunku, lecz po chwili większa część złości mu przeszła. W końcu nie chciało mu się już pić. Zresztą nie czuł też gardła i wiedział co to RotGut. Teraz jednak za nic nie chciało mu się wstać i zrobić cokolwiek. Coś podświadomie pchało go ku działaniu, lecz w końcu wrodzone lenistwo wzięło górę nad potrzebą działania.
  - Co z tego, że nic nie pamiętam, nogi i dupa mnie bolą. Nigdzie nie idę. - mruknął krzywiąc się.
  Zamknął oczy i zaczął zastanawiać się co powinien teraz zrobić. Najpierw się prześpi, to pewne. Ale co później? Nie pamiętał swojego imienia, nie wiedział skąd pochodzi i czemu się tu ocknął. I co do cholery robi tu to ciało? Zastanawiał się nad przyszłością, gdy nagle zawładnęła nim senność. Zsunął się niżej układając się wygodnie i oparł głowę o wystający korzeń.
  Leżał tak przez dłuższą chwilę na wpółprzytomny. Nie mógł zasnąć, bo coś uwierało go w prawy bark. Ziewnął otwierając przy tym usta jak szpon śmierci widzący człowieka i przyrzekł sobie, że gdy tylko się obudzi zajmie się tym, i po chwili zasnął.

  Oko, znów ten sam widok... Szara skóra, czerwona źrenica, a w niej odbijające się drzewo. O co chodzi? Nagle obraz znika i pojawia się widok śpiącego pod starym konarem żebraka. Podarte i poszarpane ubranie świadczyło, że musiał być w drodze od kilku dni. Widział burzę ciemnych, zakurzonych włosów opadających na ucho i oczy człowieka. Mężczyzna mimo, że młody i wysoki był nieźle wychudzony. Co on też musiał przejść? Miał zakrwawione lewe kolano i krew na twarzy. A ten sposób w jaki się położył. Od razu widać było, że śpi po raz pierwszy od jakiegoś czasu. Też sobie znalazł miejsce na sen... - nieznajomy skomentował to w myślach. Nagle zaswędziało go lewe ramię i odruchowo podrapał się. Co?! Leżąca postać podrapała się dokładnie w to samo miejsce marudząc coś pod nosem! Co jest?! Czy widział samego siebie?!

  Spocony i zdyszany obudził się niemalże wstając na równe nogi. Czy to możliwe? Jak mógłby we śnie widzieć samego siebie?
  Wstrząśnięty i zdezorientowany podjął decyzję, że jak najszybciej stąd odejdzie. Nie ważne gdzie. Musi stąd odejść...
  Ponownie przeszukał leżące obok ciało, podniósł pistolet i sprawdził ile ma kul.
  Prawie cały magazynek. Poza tymi paroma pociskami znajdującymi się w klatce tego gościa.
  Szybko schował broń do kieszeni, butelkę umieścił w drugiej i pochylił się by zawiązać sznurowadło. Nagle szklane naczynie wypadło mu z kieszeni i poturlało się niemalże pod same wyschnięte drzewo. Stękając ze złości i zmęczenia mężczyzna poszedł w kierunku "uciekiniera" i pochylił się by go podnieść. Okazało się, że butelka leżała dokładnie w tym samym miejscu, gdzie on sam wcześniej spał. Zbieg okoliczności - pomyślał, podniósł naczynie i ponownie je schował.
  - A co to? - mruknął widząc nagle mały, zielonkawy przedmiot z wystającymi kablami i lekko przerysowanym wyświetlaczem. Zresztą obudowa też nie była w najlepszym stanie. - Czy to ty mnie uwierałeś?
  Nie zastanawiając się długo wziął to "coś". Nie wiedział co to jest, ale być może uda mu się to gdzieś sprzedać czy chociaż wymienić. Schwycił małe urządzenie w palce i przypadkowo wcisnął jeden z guziczków. Wyświetlacz rozbłysnął na chwilę mieniąc się falą kolorów i po chwili ustabilizował się ukazując oczom mężczyzny zaskakujący widok.   Mężczyzna, aż krzyknął widząc to, co pokazało mu urządzonko.
  Na wyświetlaczu widniała jego podobizna, a tuż pod nim napis "Znajdź i pomóż".
  Lecz nie to go zdziwiło najbardziej. Zaskakujący dla mężczyzny był fakt, że tuż obok zdjęcia mieścił się dokładny opis nieznajomego i jedno imię. Nathan.

ROZDZIAŁ III - CIEMNOŚĆ

  - Czy... czy tak mam na imię? - zapytał cicho. - Czy to ja?
  Nie wiedział czemu ten widok tak nim wstrząsnął, ale w imieniu tym było coś, co podświadomie kazało mu nie wyrzucać urządzonka. Chciał to uczynić, gdy tylko zobaczył to imię, ale palce same zacisnęły mu się na wyświetlaczu. Nie miał siły tego puścić. Ale jak "to" się nazywało? Z lekkimi wątpliwościami obniżył wzrok na przedmiot i głośno przeczytał jego nazwę.
  - PipBoy 2000. A więc tak się nazywasz?
  Dziwne, ale ta nazwa coś mu mówiła. Zastanawiał się nad tym chwilę, lecz nie mogąc nic wymyślić wpadł we wściekłość.
  - NIE! - wrzasnął tak głośno jak tylko pozwalało mu spalone gardło. - Ta niewiedza jest wkurzająca! Jeśli zaraz nie stanie się nic co nie wróci mi pamięci, tak jak tu stoję, przyrzekam, że jak tylko kogoś spotkam, przygrzmocę mu tak w pysk, że to on zapomni kim jest!
  Nie wiedział tego, ale wypity duszkiem RotGut zaczynał już działać. Zresztą nie tylko to zaczynało mu dokuczać. Po raz pierwszy od nie pamiętał kiedy zaczynało mu burczeć w brzuchu. Trza by cosik na ząb wrzucić. - pomyślał oblizując spierzchnięte od słońca wargi. Nagle wpadł mu do głowy dziwny pomysł. Z wykrzywioną grymasem złości twarzą odetchnął głęboko i jakby w transie nacisnął przycisk "Mapa". Ekran zabłysł i po chwili ukazał jego położenie i najkrótszą trasę do najbliższej osady.
  - Nie wiem, czy to dobrze ale zaczyna mi się to urządzonko podobać. - mruknął ironicznie i skierował się w stronę, którą wskazywał mu komputerek.

  Zachodził już mrok, a nieznajomy wciąż nie mógł znaleźć nic co nadawałoby się do zjedzenia. Wprawdzie szukał co najwyżej godzinę, co spowodowane było nagłą i niespodziewaną niemocą, ale do tego nie przyznawał się nawet w myślach. Idąc w kierunku wskazywanym mu przez PipBoy'a do tej pory znalazł jedynie dwie jaskinie i pozostałości jakiegoś starego ogniska, najpewniej po jakimś handlarzu.
  Sam piach i palące słońce - pomyślał z przekąsem. - A do tego... tej wioski pozostało jeszcze 112 km...
  - Na jakie zadupie ja trafiłem!?
  Pomimo początkowej wściekłości powoli zaczął przyzwyczajać się do swojej sytuacji. Wprawdzie nie podobała mu się świadomość utraty pamięci, ale po pewnym czasie doszedł do trochę bardziej optymistycznych wniosków. No, bo w końcu nie wiadomo co kiedyś robił, ani co widział. Może nawet to dobrze, że o czymś zapomniał. Kto wie, co zbroił w przeszłości. Wiedziony tą myślą szedł z lekkim uśmiechem wymyślając coraz to nowe historie ze swojej przeszłości. W końcu znudziło mu się to, gdy wystraszyło go burczenie własnego brzucha. Na dodatek zaczynał go już także boleć. Jedną ręką otaczając żołądek szedł coraz wolniej, w końcu zaczął zataczać się o własne nogi i niemal raz się o nie przewrócił. Nie chciał tego przyznać, ale jeśli nie wydarzy się cud, to będzie koniec...
  - To twoja zasługa... - przed oczami mignęła mu jakaś kobieta.
  - Co? - mruknął rozcierając oczy.

  - Pamiętaj, nie możesz zrobić im krzywdy. To misja pokojowa.

  - Za niebywałe zasługi walcząc w naszej sprawie zostajesz odznaczony...

  Co się z nim działo? Potwornie wystraszony pojawiającymi się znikąd głosami rozglądał się wokół sprawdzając, czy to nie jakiś dziwny żart.
  - Zdrajco! To twoja wina! - zobaczył stojących przed nim ludzi krzyczących na niego. Zobaczył też samego siebie jak klęczał patrząc się krzywo na tłum. Na swojej umorusanej od błota i krwi twarzy dostrzegł słaby uśmieszek. Nagle jeden z mężczyzn wystąpił z tłumu i krzycząc coś niezrozumiałego z całej siły rzucił w niego kamieniem. Nieznajomy zobaczył jak w spowolnionym tempie kamień leci wprost w jego głowę, lecz on nie wykonuje najmniejszego ruchu. Nie zamierzał się przed nim bronić! W chwilę później pocisk trafił go w szczękę powalając bez przytomności na ziemię.
  Nieznajomy stęknął i rzucony niewidzialną siłą padł na plecy. Walcząc z potwornym bólem próbował wstać, ale nie miał siły.
  Na dodatek z prawej strony dobiegł go jakiś dziwny, stłumiony szmer.

  - To ty sprawiłeś, że stał się cud. Gdyby nie ty...

  - Dlaczego musisz wszystko niszczyć? Gdziekolwiek się nie pojawisz ktoś musi ucierpieć!

  - Nathan! Jak dobrze, że cię widzę!

  - ODEJDŹ I NIGDY WIĘCEJ SIĘ TU NIE POKAZUJ! - ktoś na niego krzyknął. Usłyszał także coś więcej. Ten ktoś płakał... Przez niego?

  Nieznajomy klęcząc chwycił się za głowę starając się opanować napływające znikąd wizję. Czuł, że zaraz głowa mu pęknie od ich nadmiaru...
  Nagle dobiegający z daleka szmer zamienił się w jeszcze dziwniejszy, chichy klekot. Co to było?
  Mrużąc oczy odwrócił głowę w tamtą stronę i zobaczył trzy cienie zbliżające się powoli do niego. Ale to nie byli ludzie... na pewno nie. A więc co? - pomyślał.
  Niestety dowiedział się szybciej niż by tego chciał. Była to trójka dużych i dziwnych stworów ze szczypcami z przodu i długim, wygiętym ogonem na zadzie. Mężczyzna był pewien, że kiedyś je już widział. Coś podświadomie mówiło mu, że musi się bronić.
  - Jedzenie... - szepnął słabo i sięgnął do kieszeni wyjmując wcześniej załadowany pistolet. Wycelował w zbliżający się powoli cień i pociągnął za spust.
  - Mam nadzieję, że tego się nie zapomina. - mruknął i jedną ręką trzymając się za brzuch, wciąż klęcząc wystrzelił. Potworny huk zalał jego uszy przenikając do samego mózgu powodując lekki szok. Lecz ku jego zaskoczeniu stwór, w którego wystrzelił podskoczył nagle jak oparzony, po czym padł na ziemię w drgawkach.
  - Krytyczny? - zapytał sam siebie, ale sekundę później zorientował się, że sam nie wie co to znaczy. Cholerna amnezja!
  Nie zauważył nawet jak przez ten moment zawahania dwa pozostałe stwory rozdzieliły się zaczynając go okrążać, biegnąc coraz szybciej do niego i kłapiąc ogromnymi szczypcami. A on nie mógł zrobić nic. Walczył ze samym sobą o wykrzesanie tej resztki siły, która pozwoliłaby mu się obronić.
  - Nie chcę zginąć jako pożywienie. - mruknął i po chwili dodał krzycząc: Już wolę paść z wyczerpania! - ostatnim zrywem podniósł broń i niemalże wrzeszcząc wystrzelił w nadchodzącego z prawej strony klekoczącego potworka. Odrzut sprawił, że ręka mimowolnie wystrzeliła mu w powietrze, a palce puściły pistolet pozwalając mu spać tuz obok. Padając wyczerpany za ziemię usłyszał przeraźliwy pisk i jakby odgłos łamanego szczypca. Nie zabił, ale przynajmniej trafił.
  Kaszląc z wycieńczenia zdołał jeszcze odwrócić się na plecy i ujrzeć jak dwa stwory spokojnie się do niego zbliżają. Jeden pełen siły, drugi bez jednego ze szczypiec. Uśmiechnął się słabo widząc to. Podchodziły spokojnie jakby delektując się tym łatwym zwycięstwem klekocząc coraz głośniej. Nagle jeden z nich machnął ogonem i z niebywałą szybkością skoczył z uniesionym niebezpiecznie ogonem na odsłoniętą klatkę mężczyzny. Nieznajomy uniósł słabo rękę w rozpaczliwym geście obrony i poczuł nagle potworne uderzenie w prawą pierś. Jego siła rzuciła nim o ziemię jak szmacianą lalkę i obezwładniła na dobre. Zaczęło mu ciemnieć przed oczami. Delikatna, szara mgła zasłoniła mu spokojnie oczy. Mężczyzna ostatni raz słabo kaszlnął i odpłynął w krainę nicości. Tuż przed tym usłyszał w głowie ostatni głos.

  - Czy ty zawsze musisz się poświęcać? Kiedyś doprowadzi cię to do... nie, nie chcę tego mówić. Ale proszę cię, nie idź!
  - Wiesz, że muszę... Nie dali mi wyboru.
  - To ty sprawiłeś, że stał się cud. Gdyby nie ty... to oni...A teraz odchodzisz... - ktoś zaczął płakać.
  - Muszę i ty też musisz mi to wybaczyć. Ja jestem jednym z nich. Zrobiłem co się da i teraz muszę za to zapłacić. Wiedziałem w co się angażuję pomagając wam. Ale wiedz, że tego nie żałuję. Żegnaj i żyj długo. - dało się usłyszeć, że ostatnie słowa powiedział z zawahaniem i niepewnością.
  - Nathan!
  Mężczyzna obrócił się nieugięty i ostatkami sił nieznajomy zobaczył, że to był on sam. A więc naprawdę mam na imię Nathan - pomyślał odpływając w ciemność i po raz ostatni wypuścił z siebie powietrze.
  Nie zdążył już zobaczyć, a raczej poczuć jak dwa stworki bawią się jego ciałem szturchając je radośnie kończynami i uderzając w nie ogonami klekocząc przy tym donośnie.

  - Na pustkowiu życie nie ma żadnej wartości. Nie ważne jak się nazywasz, ani kim jesteś. Pustynia nie zapomni upomnieć się o twą duszę. Pamiętaj o tym... bracie.

KONIEC CZĘŚCI I

[oceń opowiadanie]
(konieczna rejestracja na Shamo)

© 2007 setaneiro

<< TWÓRCZOŚĆ | INNE OPOWIADANIA