FALLOUT - DEMON SPAWN
Arroyo - 10 Maja 2244
Tracy powoli weszła do elegancko wystrojonego pomieszczenia i
zwróciła się lekceważącym tonem do kobiety, podlewającej
właśnie kwiaty.
- Wchodzę.
Kobieta natychmiast odstawiła pojemnik z wodą, odgarnęła
włosy - Twój brat jeszcze z kimś rozmawia.
- Wiesz, że mam to gdzieś.
W tym momencie drzwi otworzyły się i ze środka wyszli wysoki,
dobrze zbudowany mężczyzna i drugi o wiele niższy, w starszym
już wieku. Wymienili jeszcze szybko kilka zdań i staruszek
udał się w kierunku wyjścia, nie zauważając Tracy.
- Tracy? Co ty tu robisz? - jej brat natomiast nie miał
większych problemów z jej dostrzeżeniem.
- Musimy porozmawiać. - odparła Tracy.
- Coś się stało?
- Wolałabym bez świadków.
Jej brat pokiwał głową i zaprosił do swojego gabinetu.
Usiadł za biurkiem, Tracy po przeciwnej stronie.
- Napijesz się czegoś? - zapytał.
Tracy tylko potrząsnęła głową.
- Więc o co chodzi?
- Wyjeżdżam z Arroyo - oznajmiła.
- Co? Dlaczego?
Tracy uśmiechnęła się ironicznie.
- Jakbyś nie wiedział, Dex.
- Nadal masz mi za złe, że to ja zostałem Wybrańcem?
- Nawet nie o to chodzi... Chociaż powiedzmy, że nadal nie
uważam żeby to było sprawiedliwe.
- Dlaczego?
- Dlaczego tak uważam? - Tracy przysunęła się bliżej biurka
- Spójrz prawdzie w oczy, Dex, jestem od ciebie bardziej
uzdolniona w każdej dziedzinie. Jestem o wiele zwinniejsza,
silniejsza, inteligentniejsza, lepiej potrafię się posługiwać
bronią i tak dalej... Myślę, że o tym dobrze wiesz, nie tylko
ty zresztą.
- Tracy...
- Nie przerywaj. To ja spędzałam najwięcej czasu z naszym
pradziadkiem. On był najwybitniejszym człowiekiem jaki
kiedykolwiek chodził po tej planecie. Zawsze pozostanie
legendą. Poświęcił ostanie lata swojego życia by nauczyć
mnie jak najwięcej potrafił. Poza tym bardzo mnie kochał.
Miałam dwanaście lat, gdy umarł i... - tu przerwała na moment - Nie ważne. To ja
powinnam zostać wybrana. Jestem pewna, że rozwiązałabym
problem G.E.C.K. i Enclave o wiele szybciej i sprawniej niż ty.
- Możliwe - powiedział Dex - Ale Starszyzna miała swoje powody
by wybrać mnie.
- Ciekawe jakie?
- Naprawdę chcesz wiedzieć?
- Jak najbardziej.
- Obawiali się...
- Niby czego?
- Spójrz na siebie, Trace, twoja zasada życiowa to "po
trupach" do celu. Upraszczając: obawiali się, że twoje
działanie może poza ustalonym celem przynieść wszystkim
postronnym osobą wiele cierpienia.
- Bełkot przedszkolaka...
Dex nic nie powiedział.
- Zresztą nie ważne. Wyjeżdżam, powód jest dosyć banalny. Mam już dosyć tego miejsca. Odkąd skumaliście się z tymi
zasrańcami z Vault 13 wszystko tu zeszło na psy. Za bardzo mi
to zaczyna przypominać to cholerne Vault City, miasto
pieprzonych sztywniaków.
- Daj spokój, Trace...
- To już postanowione, panie Prezydencie... Chciałam cię tylko
o tym poinformować. Nie wiem czy wyjeżdżam na stałe. Na razie
pomieszkam tu i tam, wtedy zdecyduję. Zabieram ze sobą
wszystkie moje "zabawki" i chciałam cię tylko prosić
o przepustkę do magazynu broni. Potrzebuję
"pesteczek", którymi je będę karmiła.
- Nie wystarczy ci to co masz?
Tracy spojrzała na niego jak na idiotę uśmiechając się
lekceważąco - Nie twój interes. Nie zapominaj, że połowę z
tego załatwiłam ja.
Dex niechętnie zmuszony był przystać na jej prośbę.
Wiedział, że i tak nie mógłby jej tego zabronić. Wypisał
odpowiedni formularz i wręczył siostrze.
- Dzięki - powiedziała udawanym, słodkim głosikiem. Przy
wyjściu rzuciła jeszcze - Poinformuj resztę naszej gromadki,
niech się nie zamartwiają. Pa.
Klamath 12 Maja 2244
Samochód Tracy przejechał główną ulicą miasteczka i
zaparkował w samym centrum, tuż obok niewielkiej studni. Kilka
sekund później jego drzwi otworzyły się i Tracy spokojnie,
nie spiesząc się wysiadła ze środka. Jakikolwiek sprawny
samochód w dalszym ciągu budził spore zainteresowanie
ludności większości miast, więc wokół zebrała się od razu
grupka mieszkańców Klamath. Oczywiście najwięcej entuzjazmu
wykazywali najmłodsi. Kilku letnie dzieci od razu obległy
samochód, a także samą Tracy i zaczęły zadawać jej masę
pytań, na które zainteresowana nie miała najmniejszej ochoty
udzielać odpowiedzi.
Jeden z mieszkańców, Aldo, miejscowy pijaczyna rzuciwszy okiem
na samochód podszedł do jego właścicielki i powiedział -
Jakiś czas temu widziałem tu podobny... Przyjechał nim ten
koleś, jak mu tam... O, już wiem, Dex. Tracy zmierzyła go pogardliwym wzrokiem i powiedziała.
- Mój, pożal się Panie Boże, brat. A teraz odwal się od samochodu.
Aldo zrobił urażoną minę.
- Przepraszam, nie jestem godzien,
co? Ty masz być siostrą tego całego Dexa? Wyobraź sobie, że on zawsze był gotów pomóc choremu, takiemu
jak ja i przeznaczyć kilka dolarów na jego leczenie.
Tracy wyraźnie najchętniej zignorowałaby Aldo, ale
zdecydowała mu jeszcze tym razem odpowiedzieć.
- Dex to frajer. A teraz spieprzaj.
- Pewnie, ty... Głupia...
Nie dokończył jednak bo Tracy chwyciła go za gardło i
zacisnęła dosyć mocno. Aldo złapał za jej rękę i
próbował się wyrwać, ale najwyraźniej był o wiele słabszy.
Żyły napęczniały mu na skroniach, zrobił się cały czerwony
i bezskutecznie starał się złapać choć najmniejszy łyk
powietrza. Tracy patrzyła mu głęboko w oczy.
Minę miała niewzruszoną, ale Aldo miał wrażenie, jakby
wewnątrz śmiała się lekceważącym, pogardliwym śmiechem. W
końcu puściła go, a ten padł kaszląc na kolana. Nie
zwracając już na niego uwagi ruszyła w kierunku bagażnika,
zdając się nie zauważać przyglądającym się jej
zaniepokojonym mieszkańcom.Ze środka wyciągnęła M72 Gauss
Rifle i udała się w stronę sklepu pań Buckner. Maida i jej
matka Ardin zajęte były właśnie rozmową, a Smiley pił
właśnie przy stoliku z Whiskey Bobem.
- Dzień dobry - rzuciła Tracy.
Cała czwórka obróciła się w jej stronę.
- Dzień dobry - odpowiedziała Ardin.
- Szukam niejakiego Smiley'a.
Zainteresowany zmarszczył brwi i wstał od stołu.
- To ja, a o co chodzi?
Tracy uśmiechnęła się, ale w tym uśmiechu nie było
sympatii, zdawał się raczej być fałszywy.
- Mój brat, Dex, wiele o panu opowiadał - powiedziała.
- Dex? - zainteresował się Smiley - Ten słynny Dex? Ten,
który wyciągnął mnie z tych przeklętych Toksycznych Jaskiń?
Właśnie ten, pomyślała, ten pieprzony, zasrany Dex.
- Dokładnie - powiedziała jednak.
- I pani jest jego siostrą?
Tracy skinęła głową i podała mu rękę.
- Tracy.
Jej uścisk był bardzo delikatny, dokładnie takiego spodziewał
się Smiley po tak pięknej i młodej kobiecie. Moment później
jednak dłoń Tracy zacisnęła się bardzo mocno. Smiley aż
pisnął. Tracy puściła jego rękę, jakby nigdy nic. Traper
spojrzał na nią z niedowierzaniem. Nie spodziewał się tak
silnego uścisku po kobiecie, tym bardziej że odniósł
wrażenie, że nie był to szczyt jej możliwości. Zachował
jednak tę uwagę dla siebie.
Do Tracy podeszła Maida.
- A jak tam Sulik, został tam z wami, czy włóczy się gdzieś
sam?
- Sulik? Ten ohydny prymityw? - zapytała Tracy - Wrócił do
swojej wioski, mam nadzieję, że już się nie spotkamy. No ale
wystarczy tego dobrego.
Na te słowa Tracy uniosła trzymaną w lewej ręce broń i bez
wahania wystrzeliła Maidzie w głowę. Pocisk rozniósł jej
twarz na strzępy. Nie czekając na niczyją reakcję, Tracy
wycelowała w Ardin i potraktowała ją w ten sam sposób.
Następny padł martwy Whiskey Bob. Wtedy Tracy przestała
strzelać.
Smiley stał oszołomiony. Nie wiedział jeszcze dokładnie co
się stało. Ta kobieta praktycznie w ciągu ułamka sekundy
zabiła trzy osoby.
- Wiesz, Smiley - powiedziała - Dex zawsze o tobie dobrze
mówił. Nienawidzę Dexa, gdyby nie był moim bratem już byłby
martwy. Muszę sobie jednak jakoś ulżyć, a najlepszym
lekarstwem będzie wypieprzyć w kosmos osobę, o której on
dobrze mówił.
To powiedziawszy Tracy wycelowała zupełnie zdezorientowanemu
Smiley'owi w klatkę piersiową i nacisnęła spust. Pocisk
zrobił w jego ciele ogromną dziurę, a siła odrzutu poniosła
go pod same drzwi.
- Done'n'Done, jak mawiał Butch Harris - powiedziała spokojnym
głosem - Brakuje mi tych czasów, gdy siedziałam z pradziadkiem
nad jeziorem daleko od Arroyo i on opowiadał mi o swoich
przygodach. Jeśli jednak teraz mnie widzi, na pewno jest ze mnie
dumny. Tak bardzo go kocham. No nic...
Do środka wbiegł Torr i dwóch innych mieszkańców,
najwyraźniej zaniepokojonych wystrzałami. Nie zdążyli jednak
zobaczyć zbyt wiele, Tracy błyskawicznie pozbawiła ich życia.
- Oni wszyscy są żałośni - mruknęła pod nosem i
przeładowała broń. Zaraz potem spokojnym, acz zdecydowanym
krokiem opuściła budynek i wszyła na zewnątrz. Wtedy
zaczęła strzelać. Kolejne pociski trafiały idealnie, mimo iż
wydawało się, jakby strzelała na oślep. Poza tym robiła to z
tak niewyobrażalną wręcz szybkością i zwinnością, że wszyscy stali w osłupieniu nie
mając nawet większych szans by próbować się schronić. Gdy
tylko kończyła się amunicja, kilkoma szybkimi ruchami
zmieniała magazynek i ostrzał zaczynał się ponownie. Nie
oszczędziła nawet kilkuletnich dzieci stojących przy jej
samochodzie. Po kilkunastu
sekundach przestała strzelać. Rozejrzała się do koła. W
promieniu kilkunastu metrów nie było już nikogo żywego,
jedynie zakrwawione ciała licznej grupki mieszkańców.
- O cholera! - jęknął Sajag, właściciel Golden Gecko.
Klęczał przy oknie przyglądając się dziejącej się
nieopodal masakrze.
- Co jest...
- Idzie tu - stwierdził ze sporą dozą obawy w głosie John L.
Sullivan.
- Lepiej odstrzelmy ją teraz, z bezpiecznej odległości -
wyszeptał jeden pozostałych mężczyzn. - Nie ma na sobie
żadnej zbroi, tylko samo skórzane ubranie... Kto ma broń?
- Ja - powiedział inny. Wysunął lekko lufę przez okno,
przymrużył oko i wycelował prosto w serce Tracy.
Rozległ się strzał i moment wcześniej celujący mężczyzna
padł na podłogę, z praktycznie zupełnie rozerwaną głową.
Pozostali spojrzeli z przerażeniem przez okno. Tracy stała z
wycelowaną w ich stronę bronią i uśmiechała się z ironią.
Ale jak, pomyślał John, jak to możliwe, że ona tak szybko
zdążyła... Nie dokończył jednak myśli bo kolejny pocisk
trafił jego. Wszyscy pozostali natychmiast padli na podłogę
nie czekając aż i ich spotka podobny los.
Tracy sięgnęła do kieszeni i wyjęła z niej granat. Zębami
wyciągnęła zawleczkę i rzuciła w kierunku okna. Granat
wleciał do środka przez powstałą w wyniku jej wcześniejszej
ingerencji dziurę w szybie. Tracy spokojnie schowała się za
jednym z budynków. Moment później silna eksplozja praktycznie
doszczętnie zniszczyła Golden Gecko.
Drzwi do Bathhouse otworzyły się i do środka powoli weszła
Tracy. Na pierwszy rzut oka nikogo tu nie było. Obejrzała sobie
uważnie jedno pomieszczenie, potem kolejne, kolejne i kolejne. W
końcu w ostatnim znalazła pięć osób. Pięć kobiet skulonych
przy jednej ze ścian. Na widok Tracy zaczęły płakać i
błagać, by nie robiła im krzywdy. Tracy tylko pokiwała
głową i zabiła kolejno właścicielkę, Sally, a następnie
jej trzy pracownice. Przy życiu pozostała tylko Jenny.
Tracy odłożyła broń na podłogę i podeszła do niej.
Ukucnęła i ostrzem odgarnęła jej włosy na bok. Łzy powoli
spływały po policzkach Jenny.
- Lubisz swój zawód? - zapytała w pewnym momencie Tracy.
Jenny chlipała nadal i nie miała wyraźnie zamiaru jej
odpowiedzieć. Tracy przycisnęła koniuszek ostrza do jej
tętnicy szyjnej i powtórzyła pytanie.
- T... Tak - wydukała Jenny.
Tracy pokiwała głową, jakby ze zrozumieniem. - Wiesz, to moje
zdanie, ale sądzę że jest trochę monotonna. Nie uważasz?
- T... Tak.
- Hmm... - Tracy ponownie pokiwała głową, a następnie szybkim
ruchem wepchnęła Jenny ostrze w tchawicę. Po kilku sekundach
wyciągnęła nóż, wyczyściła go o ubranie wijącej się,
trzymającej za gardło i obficie krwawiącej Jenny, a następnie
zabrała z podłogi broń i opuściła budynek.
Klamath 13 Maja 2244
Niedługo po zniszczeniu bazy Enclave, drogi Cassidiego i Dexa
się rozeszły. Dex wrócił do swoich, a Cassidy... Nie miał
najmniejszego zamiaru wracać do tego przeklętego Vault City.
Początkowo zamierzał osiąść na dobre w Redding, tam też
wyruszył. Zatrzymawszy się jednak na noc w Klamath po długiej
rozmowie z Smileym zmienił zdanie. Od tamtego czasu zawsze we
dwóch wybierali się na polowania. Okazali się bardzo zgranym
duetem i na skórach złotych Gecko udało im się zarobić
naprawdę sporo pieniędzy. Z tej ich "spółki" bardzo
ucieszyła się również pani Buckner, była o wiele
spokojniejsza mając świadomość, że Smiley nie poluje sam.
Cassidy wracał właśnie z Redding, gdzie zwykł sprzedawać
skóry. Już z daleka zorientował się, że coś jest nie tak.
Im dalej szedł w głąb miasta jego oczom ukazywały się
kolejne zwłoki bardzo dobrze znanych mu osób, mieszkańców
Klamath. Zatrzymał się dopiero przy zgliszczach Golden Gecko.
Rozejrzał się do okoła. Nie mógł uwierzyć w to co widzi.
Nie miał pojęcia co tu się stało. Kto odpowiedzialny był za
tę masakrę? W pewnej chwili dostrzegł leżącą na ziemi
łuskę. Podniósł ją i przyjrzał się jej dokładnie.
2mmEC... Takich pocisków używano do Gauss Rifle... Ale to
bardzo rzadka i cholernie droga broń. Kto mógł... Chyba już
wiedział - Enclave. Prawdopodobnie mają jeszcze jedną bazę
i... To miała być zemsta? Możliwe.
Wtedy usłyszał w jednym z budynków jakiś łomot. Natychmiast
sięgnął po broń. Powoli, po cichu zakradł się pod drzwi.
Odczekał chwilę, a następnie kopnięciem wyważył je i wpadł
do środka. Chyba nie było tu nikogo. Ale zaraz... Ktoś leżał
pod łóżkiem. Cassidy powoli podszedł do niego i schylił się
celując w kierunku skulonego mężczyzny.
- Aldo? - zapytał zdumiony.
Aldo spojrzał na niego i po chwili niepewności odetchnął z
ulgą - Dzięki Bogu...
- Co tu się, do cholery, stało?
Nie sposób było nie dostrzec w oczach Aldo przerażenia - Czy
ona już wyjechała?
- Kto? Jaka ona?
Aldo milczał.
- Cholera, odpowiedz! - Cassidy potrząsnął nim zdecydowanie.
To poskutkowało, Aldo zdawał się ocknąć z tego dziwnego
letargu.
- Ta jędza... - wydukał. - Przyjechała tu i... Pozabijała
wszystkich.
- O czym ty mówisz? Kto to był?
Aldo zastanowił się chwilę, jakby starał się sobie
przypomnieć co takiego dokładnie się wydarzyło. -
Przyjechała Highwaymanem, identycznym jak ten Dexa. Średniego
wzrostu, zgrabna, brunetka. Weszła do Bucknerów i zaczęła
strzelać. Co było dalej nie wiem. Natychmiast ukryłem się
tutaj i nie wychodziłem aż od tamtego momentu. Szczerze
mówiąc zupełnie już zdrętwiałem.
- Chcesz mi powiedzieć, że jedna kobieta wybiła wszystkich
mieszkańców?
- Wszystkich? - zdziwił się Aldo - Nie wiem. Słyszałem tylko
strzały i wybuchy, jakby toczyła się tam jakaś wojna. Potem
wszystko przycichło, a po kilku godzinach zdawało mi się, że
słyszę jak odjeżdża, ale wolałem nie ryzykować i zostać
pod łóżkiem.
- Ale jak jedna osoba... Czy ta sobie ta miała na sobie taką
stalową zbroję, przypominającą...
- Zbroję? - przerwał mu Aldo - Nie miała żadnej zbroi,
jedynie skórzane ubranie. Nic więcej nie wiem, cały czas
leżałem tu.
Cassidy usiadł na podłodze. Musiał sobie wszystko to
poukładać w głowie, bo jak na razie miał w niej tylko jeden
wielki mętlik. No więc od początku. Do miasta przyjeżdża
samochodem kobieta ubrana w skórzane ubranie. Wchodzi do jednego
z budynków i zaczyna strzelać. Gdy kończy, w mieście nie ma
już żywej duszy, za wyjątkiem jej samej i Aldo, który skrył
się pod łóżkiem w jednym z domów. Jak to możliwe, że jedna
kobieta... Hmm... No dobrze, zaatakowała z zaskoczenia, ale bez
przesady. Z zaskoczenia mogła załatwić kilka, góra
kilkanaście osób, ale nie całe miasteczko, liczące niecałe
sto pięćdziesiąt mieszkańców. Poza tym wyraźnie była
bardzo dobrze uzbrojona. A może Aldo przesadza, może wcale nie
była sama. Czy można mu wierzyć, przecież on nic tylko bierze
te swoje "lekarstwa". Z drugiej strony...
- Mówiłeś, że przyjechała takim samym samochodem jakim
jeździł Dex - zauważył Cassidy.
Aldo wygramolił się z pod łóżka i pokiwał głową - Tak.
Highwayman, czy jak tam się to gówno nazywa.
- Byłbyś w stanie dokładniej opisać tę kobietę? - zapytał
Cassidy.
Aldo zmarszczył brwi - Hm... Nie wiem. Nie mam pamięci do
twarzy.
- Ale może zapamiętałeś jakieś szczegóły, jakieś cechy
charakterystyczne?
- Chyba nie... Miała ciemne włosy do ramion... Nie, nieco
dłuższe niż do ramion. O tak dotąd - pokazał palcem - Zgrabna, całkiem całkiem. Z tym, że jędzowata, nie chciała
pożyczyć mi kilku dolców na medycynę. I ten jej wyraz w
oczach... Taki... dziwny. Z jednej strony pełny lekceważenia i
pogardy, z drugiej pełny nienawiści. I ten wredny uśmieszek,
tego nigdy nie zapomnę. Strasznie pewna siebie babka... Zaraz!
Ja cię niemogę!
- Co?
- Teraz sobie przypomniałem... No tak! Pewnie! Przez tą
medycynę miałem chwilowe zaćmienie pamięci...
- Daj spokój, Aldo, powiedz o co chodzi - ponaglił go Cassidy.
- Wspomniałem coś o Dexie, a ona powiedziała, że Dex jest jej
bratem. Ale jak to możliwe, żeby siostra Dexa zrobiła coś
takiego?
Cassidy poderwał się na równe nogi. Ciemne włosy, wredny
uśmieszek... Opis mało dokładny, ale faktycznie mógłby
pasować do siostry Dexa, jak jej tam... Tracy. I jeszcze ten
samochód. Nie, to nie możliwe. Nie mogłaby zrobić czegoś
takiego. To musiał być ktoś inny. Tak, na pewno.
Obóz Slaver's Guild, 40km od Den - 15 Maja 2244
Highwayman Tracy zaparkował kilkanaście metrów od pola
namiotowego. Nim jeszcze wysiadła, przy samochodzie zjawiło
się trzech uzbrojonych mężczyzn z charakterystycznymi
tatuażami na czołach. Tracy opuściła pojazd i patrząc w
boczne lusterko poprawiła nieco uczesanie.
- Kim jesteś i co tutaj robisz? - zapytał jeden z mężczyzn.
Tracy spokojnie obróciła się w jego kierunku i powiedziała -
Chcę rozmawiać z Metzgerem.Mężczyzna przyjrzał się jej
nieufnie i powiedział - Metzger nie żyje od niemalże dwóch
lat.
Tracy pokiwała głową - Tak, tak... Został zabity przez
niejakiego Dexa, prawda?
- Podobno.
- To wersja oficjalna... A teraz zaprowadź mnie do Metzgera.
- Już mówiłem...
- Tak, słyszałam - weszła mu w słowo - Oboje dobrze wiemy,
że on żyje i że jest teraz w jednym z namiotów. Mam do niego
ważną sprawę, więc nie zawracaj mi głowy, tylko prowadź.
Mężczyzna zastanowił się chwilę, a następnie powiedział -
Tylko bez żadnych sztuczek.
Tracy nic na to nie odpowiedziała.
- Chodź - mężczyzna zaprowadził ją do największego z
namiotów.
W środku siedział łysy mężczyzna bez lewej nogi, podobnie
jak pozostali na czole miał tatuaż z logiem Slaver's Guild.
- Witam - powiedziała Tracy.
- Co to za suka? - zapytał podirytowany Metzger - Nie prosiłem,
żebyście mi przyprowadzili dziwkę.
- Lepiej licz się ze słowami - powiedziała spokojnie Tracy,
mając na ustach ten swój charakterystyczny uśmieszek.
- Czy ktoś mi wreszcie powie co to za pyskata suka?
- Posłuchaj - powiedziała Tracy - Mam do ciebie tylko jedną
sprawę, płacę 500 dolarów.
- Płacisz za co?
- Za tatuaż, chcę mieć tatuaż Slaver's Gulid.
- A po cholerę ci on?
- Powiedzmy, że polepszy mi samopoczucie.
- Spieprzaj.
- Dobrze wiem Metzger, że potrzebujesz pieniędzy. Odkąd Dex
praktycznie zniszczył Slaver's Guild, przy tym o mało cię nie
zabijając, nie przędziecie zbyt dobrze. Poza tym na pewno
chętnie byś się zemścił, to w końcu przez Dexa straciłeś
nogę. Mogę ci w tym pomóc.
- Jak to?
- O tuż ja również nienawidzę Dexa, a tak się dla mnie
przykro złożyło, że jestem jego siostrą.
Metzger zmarszczył brwi.
- Mogę ci go wystawić jak na talerzu, wtedy ty zrobisz swoje.
Proszę tylko o tatuaż i o nie zadawanie zbędnych pytań.
Tracy przejrzała się w małym podręcznym lusterku. Tatuaż na
jej czole, jej zdaniem, wyglądał doskonale. Schowała lusterko
do kieszeni i ruszyła w kierunku samochodu, po drodze omijając
zwłoki dwudziestu kilku ludzi Metzgera, a także i jego samego.
Zasada była prosta: weź od ludzi co potrzebujesz, a potem, gdy
są już bezużyteczni, pozbądź się ich.
Arroyo 18 Maja 2244
- Proszę, Cassidy, wejdź - zaprosił go do środka Dex.
Gdy byli już wewnątrz, zaproponował jeszcze swojemu gościowi
by ten usiadł w fotelu.
- Napijesz się czegoś, może zjesz? - zapytał.
- Nie, dzięki przyjacielu - odparł Cassidy z jakby wymuszonym
uśmiechem na twarzy.
Dex usiadł naprzeciwko Cassidy'ego - Jak domniemam jesteś tu w
sprawie Klamath. Cassidy pokiwał głową.
- Tak mi przykro - powiedział Dex - To byli moi przyjaciele.
- Tak, moi też. Wiesz już, że to samo miało miejsce w
Redding?
Dex zbladł - Nie. Nie wiedziałem, jesteś pewien?
- Owszem.
- Wygląda na to, że czeka nas jeszcze jedna wyprawa.
- Posłuchaj, Dex, kiedy ostatni raz widziałeś Tracy?
Dex zastanowił się chwilę - Jakiś tydzień temu opuściła
Arroyo. Czemu pytasz?
Cassidy westchnął - Aldo... Nie chciałem mu na początku
wierzyć, to pijaczyna, ale w Redding ocalało pięć osób, z
czego dwie widziały sprawczynię całej rzezi. Opis podobny, jak
ten Aldo. Średniego wzrostu brunetka, o charakterystycznym,
wrednym uśmieszku, która zajechała do miasteczka Highwaymanem,
uzbrojona po zęby niczym armia BOS.
- Mój Boże, Tracy...
- Tego się właśnie obawiałem, ale nadal nie mogę uwierzyć,
że ona byłaby zdolna do czegoś takiego.
- Ona jest zdolna do wszystkiego, tylko dlatego to ja zostałem
Wybrańcem.
- O czym ty mówisz? - zdziwił się Cassidy.
- Ulubienica naszego słynnego pradziadka. Aż do jego śmierci
spędzała z nim cały swój czas. Był on chyba jedyną osobą,
którą kochała i szanowała. Nauczył ją ile tylko zdołał, a
Tracy była pojętną uczennicą. Nawet bardzo. Miała
trzynaście lat, gdy zmarł w sędziwym wieku. Bardzo to
przeżyła. Od tamtego czasu praktycznie
żyła w samotności zdobywając wiedzę. Uczyła się strzelać,
walczyć wręcz, posługiwać bronią sieczną. Uczyła się
medycyny, techniki i wielu innych rzeczy. Miała wielu
nauczycieli, choć równie łatwo chłonęła wiedzę z
książek. Odkąd była mą dziewczynką widać było, że jest
wybitna, pod każdym względem. Zawsze powtarzała, że to nasz
pradziadek był najinteligentniejszą, najzdolniejszą i
najsilniejszą osobą na świecie, ale tak naprawdę ona
przerastała go w każdej z tych dziedzin. Do czasu gdy
pradziadek żył, plemię wiązało z nią wielkie nadzieje.
Zachowywała się w prawdzie dosyć dziwnie, ale bez przesady.
Potem szydło wyszło z worka. Tracy była nieobliczalna. To na
pewno jakaś choroba psychiczna, bo cóżby innego. Powiem ci
tylko, że ona w pojedynkę może być groźniejsza niż całe
Enclave. Nie przesadzam. Jej wszelkie predyspozycje są na dużo
wyższym poziomie niż przeciętnego, czy nawet nieprzeciętnego
człowieka. Problem tkwi w sposobie postrzegania przez nią
świata. Ona nie ma sumienia, litości. Wyobraża sobie, że
pradziadek patrzy na nią i niezależnie co ona robi on jest
dumny. Nie wytłumaczysz jej, że on potępiłby takie
zachowanie. Mam wrażenie, że ona mści się na całym świecie
za jego śmierć. To moja wina, nie powinienem był pozwolić jej
odejść.
- Nie możesz się obwiniać. Skąd miałeś wiedzieć.
- Mogłem to przewidzieć...
- I tak byś jej wtedy nie powstrzymał.
- Może, ale muszę teraz. Nie chciałbym cię narażać, ale...
- Oczywiście, skopaliśmy razem nie jeden tyłek, jestem z
tobą.
- Tym razem sprawa jest o wiele poważniejsza...
Modoc - 23 Maja 2244
Tracy uniosła wysoko głowę i z lekko przymrużonymi oczami
patrzyła przez moment prosto w słońce. Po kilku sekundach
założyła ciemne, błyszczące okulary przeciwsłoneczne i
opuściła głowę. W ręku trzymała opuszczoną Gauss Rifle.
- Modoc, co za dziura. - mruknęła. Zaraz potem uśmiechnęła
się lekko i zmierzyła wzrokiem znajdujące się przed nią
osoby. W centrum tego niewielkiego miasteczka klęczało
ustawionych w szeregu pięć osób. Do koła nich trudno było
nie dostrzec licznych zwłok.Tracy usiadła na ziemi i po chwili
milczenia powiedziała - Pytanie, które za pewne teraz sobie
zadajecie brzmi "czy pozwolę wam żyć, czy zabiję jak
pozostałych?". Odpowiedź brzmi, "kto wie?".
Wszystko zależy od was samych. Jeśli będziecie w stanie mnie
przekonać, bym darowała wam życie, tak też się stanie.
Przez cały czas chlipiąca Rose teraz wpadła w histerię.
Zaczęła błagać Tracy by ta zostawiła ich w spokoju.
- Ciii. Chyba nie chcesz skończyć jak twój mąż, co Rosie?
Jednak Rose nadal histeryzowała.
Tracy tylko pokręciła głową i wycelowała jej prosto w
głowę. Gdy Rose to dostrzegła umilkła nieco.
- Za późno Rosie - powiedziała Tracy - Teraz będziemy mieli
coś z gatunku niczym nie popartej, bezsensownej przemocy. Po
prostu ty mnie nie przekonałaś.
Oddała jeden strzał, powalając kobietę na ziemię.
- W porządku. - powiedziała - Teraz twoja kolej, Grisham. Na
pewno cieszysz się, że twoja córeczka jest teraz bezpieczna z
moim bratem. Jeśli jednak chcesz ją jeszcze spotkać na tym
świecie, musisz być bardzo przekonywujący.
Po czole Grishama spłynęło po woli kilka kropli potu. On sam
zbladł i z nieruchomiał. Z wielkim wysiłkiem udało mu się
unieść rękę i położyć dłoń na klatce piersiowej w
okolicy serca.
- Oj, oj, oj. Serduszko? - zapytała Tracy - Mam dziś dobry
dzień. Okażę nieco człowieczeństwa i nie pozwolę ci
cierpieć.
Zaraz potem rozległ się wystrzał i Grisham padł martwy na
ziemię.
W tym momencie na nogi poderwał się jego syn, Davin, i rzucił
w kierunku zwłok ojca. Nie przebiegł metra gdy padł kolejny
strzał. Tym razem to jego dosięgną pocisk.
Tracy pokręciła głową - Dlaczego wy nigdy nie potraficie
trzymać nerwów na wodzy? No nic... Jonny, Balthas, wasza kolej.
Niech zacznie który tam chce pierwszy. Wszystko mi jedno.
- Tracy... - usłyszała za plecami.
Na te słowa uśmiechnęła się tylko i pozostając odwrócona
plecami powiedziała - Po co się skradasz, Dex? Przecież wiesz,
że usłyszałam cię już dawno. Ten twój charakterystyczny
sposób chodzenia, zupełnie bez żadnego rytmu.
Dex starał się jak mógł by powstrzymać emocje. Robił
wszystko by nie zauważać licznych, zmasakrowanych ciał tak
bliskich mu osób. Musiał pozostać twardy, jeśli miał mieć
jakiekolwiek szanse z Tracy. Tak czy siak był w o wiele gorszej
sytuacji...
- Puść ich, Tracy. - powiedział Dex. Starał się, by tembr
jego głosu był w miarę możliwości najbardziej chłodny.
Ku jego zdumieniu Tracy pokiwała głową i powiedziała - W
porządku. Możecie uciekać.
W pierwszej chwili zarówno Jonny jak i jego ojciec nadal
klęczeli w milczeniu, ale gdy Tracy ich ponagliła szybko
poderwali się i w mgnieniu oka zniknęli jej z pola widzenia.
Stojący obok Dexa Cassidy spojrzał porozumiewawczo na swego
przyjaciela. Dex jednak nie zareagował.
Tracy uniosła się nieco i przyjęła pozycję kucającą. Nadal
jednak pozostawała odwrócona do brata plecami.
- Zastanawiam się co masz zamiar teraz zrobić - powiedziała.
- Mógłbym teraz wystrzelić ci prosto w plecy i uwolnić świat
od kolejnej paskudnej pluskwy. - wtrącił się Cassidy.
Tracy zaśmiała się krótko - Cassidy. Stary dobry, schorowany
Cassidy. Taki jesteś pewny, że byłbyś szybszy?
- Celuję ci prosto w plecy, na pewno byłbym szybszy.
Dex starał się gestami dać mu znać, żeby przestał, ale
Cassidy nie zwracał na niego uwagi.
- Chcesz się przekonać? - zapytała.
- Lepiej dla ciebie, żebym nie musiał. Nie ma takiej
możliwości, żebyś zdążyła cokolwiek zrobić.
- Czyżby?
Dex dał Cassidy'emu stanowczy znak, by ten zamilkł.
- Jak mogłaś zrobić coś takiego? - zapytał Dex.
Tracy wzruszyła ramionami - No cóż, taką miałam ochotę. Daj
spokój, nie jestem w nastroju na przemówienia.
Dex przełknął ślinę. Miał sucho w gardle, mimo iż przed
kilkoma minutami wypił dwie butelki Nuka-Coli.
- To już koniec, Tracy. Wiesz, że nie mogę pozwolić ci
odejść. - powiedział.
Tracy uśmiechnęła się tajemniczo, choć oczywiście ani Dex,
ani Cassidy nie mogli tego widzieć. - Nie możesz mnie też
powstrzymać.
- Przynajmniej spróbuję.
- Nie prowokuj mnie, braciszku.
Dex powoli zbliżył się nieznacznie do siostry - Nie możesz
mnie zabić. Mimo, że tak bardzo mnie nie nienawidzisz, mimo że
pragniesz mojej śmierci, to i tak nie jesteś wstanie mnie
zabić.
Tracy milczała.
- A wiesz dlaczego? - ciągnął Dex - Dlatego, że też jestem
prawnukiem naszego słynnego przodka. Dlatego, że i
ja byłem dla niego ważny. Może nie tak bardzo jak ty, ale
jednak.
Tracy wolno i spokojnie wyprostowała się, nadal jednak nie
odwracała się twarzą do brata.
- Wiesz, że zdążę zrobić unik, odwrócić się i rozwalić
ci głowę, nim ty zdążysz oddać choćby jeden strzał.
Dex uniósł broń - Wiem. Ale tego nie zrobisz.
Tracy zmarszczyła brwi i przez moment stała w milczeniu. W
końcu wyrzuciła Gauss Rifle kilka metrów przed siebie.
- Dobrze, teraz połóż się na ziemi i załóż ręce za
głowę. Zwiążę cię. - powiedział Dex.
Tracy tylko potrząsnęła głową.
- Tracy...
- Zastanawiam się, czy ty byłbyś wstanie zabić mnie? -
powiedziała.
- Chciałbym tego uniknąć. Wiesz, że wszyscy będą chcieli
żeby ukarać cię śmiercią. Jeśli pójdziesz ze mną,
gwarantuję ci, że jej unikniesz. Zbudujemy dla ciebie coś na
kształt więzienia, bardziej przypominającego dom. Tam
spędzisz resztę życia.
Tracy roześmiała się. - Zapomnij.
- Proszę...
- Wiesz, jest jeden sposób... - powiedziała - Jest sposób,
żeby pradziadek też cię znienawidził.
- Jaki sposób? - zapytał Cassidy.
W tym momencie Tracy sięgnęła za pazuchę kurtki, a następnie
odwróciła się na pięcie. Rozległy się dwa strzały. Jeden z
broni Cassidy'ego, drugi Dexa.
Pierwsza kula trafiła Tracy w miednicę, druga w okolice serca.
Tracy nadal się uśmiechając runęła plecami na ziemię. Jej
przeciwsłoneczne okulary spadły obok.
Dex dostrzegł, że nadal jeszcze oddycha i podbiegł do niej.
Wtedy dotarło do niego, że został celowo sprowokowany. Tracy
nie trzymała niczego w dłoniach, ona wcale nie sięgnęła po
broń. Gdyby faktycznie miała taki zamiar uczyniła by to na
tyle szybko, że nawet by się nie zorientował.
- Życz mi miłych snów - wyrzęziła, po czym zaczęła
krztusić się krwią.
- Tracy...
- Misja została wykonana - powiedziała jeszcze tylko Tracy i
jej serce przestało bić. Patrzyła teraz martwymi oczami
gdzieś w przestrzeń.
- Nie mogę uwierzyć, że oto jej chodziło.
- O co? - zapytał Cassidy.
- Ona chciała, żeby pradziadek nienawidził mnie tak samo jak i
ona. Wyobraziła sobie, że jeśli ja skrzywdzę ją, jego
ukochaną prawnuczkę, to... Zrobiła to wszystko tylko po to. Te
zabójstwa, nawet ten tatuaż, wszystko to żeby mnie
sprowokować.
Dex odwrócił się i ruszył wolnym krokiem w kierunku domu
Grishama. Tym czasem nad horyzontem zaczęły zbierać się szare
chmury...
© Adam 'EFC' Turczak:
Maj 2001