<< TWÓRCZOŚĆ | INNE OPOWIADANIA

BOHATEROWIE TACY JAK MY

          Gdzieś, na krawędzi zapomnienia, w pewnym zapadłym miasteczku, w jego zaplutej mordowni zwanej "Wyborne Trunki Jerrego" (Choć bez dwóch zdań, bardziej odpowiednia wydaje się nazwa "Sikacze Jerrego") dwóch niepokornych typów kończy właśnie zabijać swoje sumienie resztkami gorzały.
     - Ech....
     - Taa Frank , to by sie nawed zgazało.
     - Ty nic nie rozumiesz - kontynuował wywód Frank.
     - To ty mi to wyjaźnij barziej przejszyście.
     - Bo mi, widzisz Jeff, chodzi o potomnych i o to...
     - Taaak Frank?! Dziesi! Ty Chdzesz założydź rodzine! - ryknął oburzony Jeff - Zozdawisz mie zamego w tej ziurze, a zamemu bedzierz sie uszerał z bandom bachorów na jakiejź farmie i wogle bedziesz hepi!      - Nie! Nie! Nie! Ani mi to w głowie. Ja mówię o spadku dla potomnych. O chwale i glorii. Pragnę, aby ludzie mnie zapamiętali, abym był bohaterem opowieści i legend! Ja...
     - LUP!!! - powiedział, a raczej zrobił Jeff.
          W tej niefortunnej sytuacji rozmowa z człowiekiem pijanym do nieprzytomności (a raczej nieprzytomnym po pijanemu) nie miała jakiegokolwiek, nawet najmniejszego sensu. Frank będąc z natury człowiekiem pragmatycznym (co nie przeszkadzało mu fantazjować i marzyć) a jednocześnie niepozbawionym poczucia niezrozumienia postanowił znaleźć innego rozmówce i skierował wzrok na barmana. Ten widząc, co się świeci wyciągnął zza lady tabliczkę z napisem "Zamykamy", wyprosił ostatnich gości ze swojego przybytku, po czym szybko udał się na zaplecze.
          Dzień zapowiadał się raczej przeciętnie, przelotne opady nie wchodziły w grę na spopielonej post-nuklearnym żarem pustyni Środkowej Kalifornii, porywiste wiatry nie przynosiły ulgi (tylko kłuły skórę i oczy ziarenkami piasku), a ciśnienie wyciskało resztki mózgu uszami.
          "To dobry dzień do picia" - pomyślał Jaff - "Jak zresztą każdy inny".
          Jeff będąc prawdziwym profesjonalistom nigdy nie przejmował i nie dziwił się miejscom, w jakich przyszło mu odzyskiwać przytomność po libacjach poprzedniej nocy. Jedyne, co się liczyło, to czy po przebudzeniu będzie mógł jak najszybciej zwilżyć wargi i pokonać kaca czymś mocniejszym. Jednak w tej chwili czul się dziwnie niespokojnie. Powoli do niego docierało. To było jak zwierzęcy instynkt, który przestrzega, ze zbliżają się kłopoty.
          Dostrzegł Franka. Stal na skraju przepaści, słońce właśnie wschodziło i w jego świetle chłop wyglądał teraz jak połączenie Mad Max z Mojżeszem. Gdy się odwracał potknął się o kamień i runął z impetem na ziemie. Oczywiście w przeważającej części wciąż był to stary Frank.
     - Ach, pustynia! Idealne miejsce dla bohaterów.
     - ... - Jeff gapił się tylko tępo.
     - Tak Jeff. To początek wielkiej przygody. Dwójka przyjaciół i nieznane niebezpieczeństwa.
     - Ty znowu swoje! Nie mam nic przeciwko, ale najpierw musze się napić. Chodźmy do Jerrego. Tam dokończysz, co chciałeś mi powiedzieć wczoraj.
     - Nie możemy wrócić! Już nie ma odwrotu!
          Coś, co na początku było tylko dziwnie niepokojącym przeczuciem teraz nabierało dla Jeffa coraz bardziej wyraźnych i całkiem realnych kształtów.
          "On oszalał!" - pomyślał Jeff - "Musze uciekać!".
          Obejrzał się wokół i stanął zamurowany. Wokół gdzie nie sięgnął wzrokiem rozciągał się pustynny krajobraz, aż po horyzont. Nie był to jednak ten znajomy krajobraz okolic miasteczka. To była pustynia, co się zowie. Ta, na która spoglądał zawsze, gdy szedł się wysikać za bar Jerrego nad urwisko. Dzika. Ogromna. Pełna niebezpiecznych miejsc i istot, o których wołał zapomnieć. A przede wszystkim sucha. Tak, pragnienie i kac coraz bardziej dawały mu się we znaki.
     - Gdzie my jesteśmy?! - zapytał już bardzo zdenerwowany Jeff.

* * *

     - Na pustkowiach - Frank patrzył na Jeffa lekko zdziwiony - a gdzie niby możemy być?
     - Eee... Hmm... TO widzę - powiedział Jeff. "Ale nie mogę w to uwierzyć" pomyślał.
     - I pewnie nie masz nic do picia? A przynajmniej nic, co by mi trochę rozjaśniło obraz sytuacji?
          Tak, kac dawał się Jeffowi we znaki bardziej niż przypuszczał. W końcu zazwyczaj zaraz po przebudzeniu wypijał porządny łyk czegoś "na wzmocnienie".
     - Mam wodę...
          Frank spojrzał Jeffowi w oczy i "chcesz?" ugrzęzło mu w gardle. Gdyby wzrok mógł zabijać Frank leżałby teraz sztywno na piasku i patrzył w niebo niewidzącymi oczyma. Nie dlatego, że wyciągnął Jeffa "gdzieś na pustkowia", nie dlatego, że prawdopodobnie przez niego Jeff zginie w ciągu najbliższych kilku dni (tak mu się przynajmniej zdawało po tym, co słyszał u Jerrego od przejeżdżających i wpadających "na jednego" ochroniarzy karawan), nie... Po prostu żar w jego gardle nie pozwalał swobodnie oddychać, a Jeff jako stary alkoholik doskonale wiedział, że wodą go nie ugasi.
     - Czyś ty ocipiał do reszty? Życie ci się znudziło czy jak? - Jeff próbował krzyczeć, lecz z jego ust wydobył się tylko ochrypły szept, podobny do odgłosu stąpania po żwirze.
     - Jeff - powiedział najspokojniej jak tylko umiał Frank - spójrz na to z innej strony... wreszcie wyrwałeś się z tej zapadłej dziury... mamy przed sobą tyle możliwości...
     - ...możliwości? Chyba chodziło ci o możliwe rodzaje śmierci! - Jeff nadal był bardzo wzburzony - Nie pomyślałeś o tym, że nawet nie potrafimy się obronić przed głupimi skorpionami?
          Zadziwiające, jak palenie w gardle wyostrza umysł na wszelkie niebezpieczeństwa... a może to tylko podniósł się poziom adrenaliny w organizmie Jeffa, gdy dotarło do niego, co się dzieje... kto wie?
     - A nawet gdybyśmy umieli to i tak nie mamy czym!
     - Wiesz... - zaczął niepewnie Frank - cały czas miałem przeświadczenie, że o czymś nie pomyślałem...
          Jeff aż usiadł z wrażenia. "Jak można być takim idiotą" pomyślał. "Czy jest na świecie ktoś głupszy od niego?".
     - Wiesz, źle wyglądasz. Może jednak napijesz się trochę wody?
          Frank podał Jeffowi manierkę. Ten popatrzył na niego tępo, po czym wziął manierkę i spokojnie wylał jej zawartość na piach. Choć nie było jeszcze południa piasek zdążył się rozgrzać na tyle mocno, że woda odparowywała szybciej niż wsiąkała.
     - Aaaa...
          Jeff powoli zwrócił się w stronę źródła dźwięku i z przerażeniem stwierdził, że Frank jest blady jak trup i w dziwny sposób porusza ustami nie potrafiąc wydobyć z siebie nic więcej.
     - Tak? - spytał zrezygnowany Jeff.
     - Toooo... toooo... toooo...
     - To co? - spytał zniecierpliwiony.
     - To była cała nasza woda - wykrztusił wreszcie Frank.
          "No tak" pomyślał Jeff "jednak jest na świecie ktoś głupszy od niego - Ja".
          Frank w dalszym ciągu patrzył na suchy już piach, który przed chwilą pochłonął cały ich zapas wody. Powoli podniósł rękę i zdesperowanym gestem wskazał Jeffa.
     - Ty... ty... ty... ty...
     - Nie! - Jeff zerwał się na równe nogi i patrzył gniewnie na Franka - Ty! Ty! Ty! Ty nas w to wpakowałeś! To przez ciebie tu jesteśmy! To tobie zachciało się przygód! Ty... ty... ty... ty... - Jeff w zdenerwowaniu zapomniał wszystkie przekleństwa, jakie znał, a znał ich wiele - Ty!
     - To ty nie chciałeś mnie słuchać! - Frankowi udzielił się nastrój Jeffa - To ty się zaraz upijałeś jak tylko zacząłem mówić o przygodach! Gdybyś mnie choć raz wysłuchał może teraz byśmy nie stali tu jak durnie i nie wrzeszczeli na siebie nawzajem, tylko obmyślilibyśmy jakiś plan wyprawy!
     - Plan wyprawy?! - Jeff kipiał z wściekłości - Ja nigdy bym się nie zgodził na żadną wyprawę! Nawet nie wiem... właśnie! Może mi wyjaśnisz jak się tu znaleźliśmy, co panie poszukiwaczu przygód?!
     - Noo... ten.... to znaczy...
     - No gadaj bo cię zaraz chyba uduszę!
          Zadziwiające jak wielka jest zdolność człowieka do zmiany barwy skóry. Od białej jak papier, przez wściekle czerwoną, aż do zgniło zielonej.
     - Zabraliśmy się z karawaną, po czym się od nich odłączyliśmy zbaczając z głównego szlaku. A propos... mógłbyś zrzucić parę kilo...
     - Zaraz zrzucę twój pusty łeb z karku matole!
     - Mój pusty łeb?! A kto wylał wodę?!
     - Dwie dychy na tego zachrypniętego - powiedział głos oddalony od kłócących się o jakieś piętnaście metrów.
     - Stoi - odpowiedział mu inny, równie dziwnie metalicznie brzmiący, co poprzedni.
          Frank i Jeff usłyszeli te słowa, kłócili się jeszcze chwilę, po czym zamilkli jak na komendę i powoli zaczęli się odwracać w stronę, z której dochodziły te głosy.
     - Frank widzisz to, co ja?
     - Chodzi ci o te dwie wielkie gadające konserwy? To mam nadzieję, że nie widzę.
          Patrzyli tak przez chwilę, oczy robiły im się coraz większe i większe. Zaczęli je przecierać dłońmi, jednak nadal widzieli, to co widzieli.
     - Może to z braku wody... albo od słońca? - zastanawiał się Jeff.
     - Cassidy, oni chyba jednak nie mają zamiaru się tłuc. Zakład chyba nieważny - powiedziała jedna z konserw.
     - Chyba... - w głosie, a raczej brzęczeniu drugiej dało się wyczuć nutkę niepewności - może jeszcze się pobiją.
          Dwoje ludzi i dwie konserwy przyglądali się sobie badawczo. Jeff i Frank zaczęli dostrzegać coś więcej poza dwoma topornymi kształtami. Pewne bardzo niepokojące szczegóły. Choćby to, że konserwy miały kształt człowieka, były tylko trochę większe, miały takie żółte szkiełka przypominające oczy owada i jakieś rurki wystające z głowy. Jednak pomimo swojego dziwactwa wyglądały naprawdę groźnie. Z każdą chwilą coraz groźniej, gdy tak stały i wpatrywały się tym swoim lodowatym, pustym spojrzeniem w dwóch gamoniów kłócących się pośrodku pustyni. Gamonie spojrzeli po sobie, po czym jak jeden mąż wykonali "w tył zwrot" i ruszyli "biegiem naprzód marsz byle szybko i daleko". Konserwy patrzyły chwilę, wzruszyły czymś, co od biedy można nazwać ramionami, odwróciły się i poszły. A nasi dwaj "dzielni bohaterowie" pędzili przed siebie, co sił w nogach, nawet się nie odwracając.

* * *

          Biegnąc tak już dobre pół godziny, nie zatrzymując się przy żadnej z trzech miniętych oaz, nie zwracając uwagi na radskorpiony i megaszczury, nasi bohaterzy skutecznie i uparcie podążali w sam środek nieznanych obszarów pustyni. W międzyczasie Jeff zdążył już zgubić jednego buta, a Frank swoją czapeczkę. Obaj zdecydowanie stracili gdzieś po drodze rozum. Przynajmniej tak powinno się mówić - w bardzo eufemistycznej formie - o ludziach wbiegających z maksymalną prędkością i okrzykiem na ustach do bazy mutantów. Jeśli dodać do tego kompletny brak obeznania we własnej sytuacji - o braku uzbrojenia nawet nie wspominając - to sytuację można uznać również za tragiczną i beznadziejną. Jednak strażnik Billy (supermutant oczywiście) nie podzielał tej opinii. Dla niego to wszystko wyglądało po prostu dziwnie i nieprawdopodobnie. Owszem pojawiali się tu już ludzie, też wbiegali z okrzykiem na ustach przez główne wejście. Z tą tylko różnicą, że te okrzyki były prawdziwymi rykami wojennymi, ludzie ubrani byli w zbroje i posiadali czasem naprawdę imponujący arsenał. Wszyscy też kończyli z wielkimi dziurami w całym ciele. Tym razem było inaczej. Było ich tylko dwóch, nieuzbrojonych, na dodatek wyglądali jak ofiary klęski żywiołowej. Być może dlatego też tym razem "napastnicy" uszli z życiem. Billy był po prostu zbyt zszokowany, aby cokolwiek zrobić.
          Kilka minut później, we wnętrzu bazy mutantów. W trzewiach dawnego, przedwojennego browaru, teraz służącego za jeden z garnizonów nowo powstającej armii mutantów.
     - Eee szefie? - zapytał nieśmiało Billy
          Dowódca supermutantów stał przy barierce, zaraz przy gigantycznej kadzi wypełnionej po brzegi zielonym świństwem. Radioaktywne opary FEV wciągane strumieniem ciepłego powietrza przez dwa wielkie wentylatory umieszczone pod sufitem omiatały jego sylwetkę zieloną mgiełką.
     - Ach! Nie ma to jak zapach ciepłych wirusów o poranku - odparł wyraźnie zadumany dowódca.
     - Tak szefie, bez... eee... bez dużo zdań - przytaknął Billy. Jak każdy szeregowy żołnierz miał tylko jedno zadanie: walczyć. Myślenie przeszkadzałoby mu w wykonywaniu obowiązków. - Eee... Ja..
     - W dni takie jak ten cieszę się, że jestem mutantem
     - Tak szefie, eee... mutantem...
     - Czy Ty też cieszysz się z bycia mutantem? - zapytał odwracając się do strażnika.
     - O tak szefie... - Billy wyprostował się dumnie - Billy szczęściarz... szef zaatakować moja... eee... karawana... wybić w pień cała rodzina i... eee... rodzina... a mnie i innych... eee... strażów utopić w tych... eee... kadziach i zamienić w supermutanty - tak szefie... naprawdę szczęśliwy - powiedział z przekonaniem.
     - To dobrze. Morale jest najważniejsze - odparł zadowolony dowódca - A teraz. Czego chcesz?
     - Chyba nas... eee... zaatakować szefie.
     - Słucham?
     - Billy powiedział, że...
     - Słyszałem, co powiedziałeś! Ale co to znaczy: "CHYBA nas zaatakowano"?! Chyba łatwo rozpoznać atak? Czyż nie, Billy? - zapytał zirytowany dowódca.
     - No... eee... tak szefie. Zazwyczaj... eee... ktoś strzela, albo... eee... - biedny Billy spocił się już cały od myślenia - rzuca sie z nożem... eee... wrzeszczy... eee... o wiecznym odpoczonku i paskudnym zie... eee... zielonym...
     - Tak, tak! A więc ktoś strzelał?
     - Nie szefie...
     - Chcesz więc powiedzieć, że ktoś rzucił się na potężnego uzbrojonego mutanta z samym nożem?
     - Nie, nikt sie nie rzucać szefie. Być... eee... nieuzbrojeni.
     - Chyba nie doszło do rękoczynu? To były Szpony Śmierci?! Zaatakowały nas?!!!
     - Nie szefie, też nie to, ale być za to okrzyki.
     - Dobrze, więc co się stało, zabiłeś przynajmniej tych intruzów?
     - No... nie szefie
Dowódca był już coraz bardziej zmęczony tą rozmową. Ukrył twarz w swej wielkiej dłoni i rzucił z ironią i zrezygnowany:
     - Aha, czyli ktoś wbiegł do bazy krzycząc, zrobił rundę honorową, po czym wybiegł, nienaruszony?
     - Właśnie! Właśnie tak. Ci... eee... dwaj normiacy biec i wrzeszczeć coś o... eee... o jakiś konserwy, potem cichnąć. Stać tak na placu przed wejście i rozglądać sie po okolica z... eee... rozdziawione gemby, a jak mnie zobaczyć, to aż im gały na wierzch wyszły. Po... eee... chwila patrzeć na siebie, odwrócić sie i wybiec... eee... krzyczeć coś jak "OOOAAAaaaaa!!!" - Billy zaprezentował skrzeczący okrzyk - ...pobiec... eee.. na południe - chyba - dodał po chwili.
     - Billy?
     - Tak szefie...
     - Dlaczego nic nie zrobiłeś? Chociaż jedna krótka seria.
     - Bać sie...
     - Bałeś się?! Dwóch zwariowanych normiaków?!
     - Nie! Nie szefie. Bać sie, że zwariować. To, to nie być... eee... prawda. Takie rzeczy sie nie... eee... zdarzać. - Billy był już krańcowo wyczerpany, myślenie to jednak trudna sztuka.
     - ...nie zdarzają - powtórzył z zadumą dowódca.
          W jednej chwili mutant zanalizował całą sytuację. Dwóch normiaków nie stanowi potencjalnego zagrożenia militarnego. Szpiedzy korzystają zazwyczaj z bardziej subtelnych metod infiltracji. Nie, właściwie normiakami nie powinien przejmować się jako takimi, całe zajście również można było uznać za mało istotne z punktu widzenia mutanta planującego światową dominację. Dowódca znów skupił swoją uwagę na Billym.
     - Słuchaj - zaczął - jestem skłonny uznać ten incydent za wynik zwykłej halucynacji spowodowanej stresem. Nie przejmuj się nie zwariowałeś, to zupełnie naturalne dla kogoś na tak ważnym i odpowiedzialnym stanowisku - wyprostował się i odwrócił z powrotem w kierunku kadzi - teraz, jeśli pozwolisz żołnierzu chciałbym powrócić do obmyślania planów. Odmaszerować na stanowisko!
     - Tak jest - powiedział strażnik i ruszył w kierunku wyjścia.
     - Aha i jeszcze jedno - dodał dowódca nie odwracając się - następnym razem gdy znów będziesz miał podobne zwidy - odegnaj je małą serią z miniguna. Tak dla uspokojenia nerwów. Dobrze?
     - Zrozumieć szefie.
          Choć w tym dniu delikatna struktura umysłu Billy'ego została trochę naruszona, to do końca swoich dni nie miały go już prześladować żadne majaki. Być może jednak nie dano im szansy i dostatecznie dużo czasu, gdyż jak się okazało dalsze życie Billy'ego trwało zaledwie dwie godziny. Przynajmniej tym razem spotkało go coś rzeczywistego. Realni i prawdopodobni byli zarówno uzbrojeni mężczyźni, ich bronie, jak i kule przeszywające potężne ciało mutanta. Jak najbardziej realna i prawdziwa była też jego śmierć.

* * *

          Zastanawiające, jak niespożyte siły nagle budzą się w człowieku, gdy ogarnia go kompletna panika, sprawiająca, że jedynym celem w życiu staje się ucieczka - nieważne nawet, przed czym i ku czemu. Najważniejszy jest sam bieg. Jednak człowiek nie został stworzony do sprinterskich biegów długodystansowych. A Frank i Jeff biegli z pełną prędkością praktycznie od rana. Mięśnie ich nóg z braku odpowiedniej ilości "paliwa" zaczęły przetwarzać w energię swoją tkankę. Brak tlenu sprawił, że zaczęły wytwarzać substancje (darujmy sobie szczegóły) zdecydowanie utrudniające im pracę. Jednak panika nie pozwalała poczuć tego naszym bohaterom. Nie zdawali sobie sprawy jak bardzo są wycieńczeni. Jednak natura w końcu musiała wziąć górę nad strachem…
          Pierwszy upadł Jeff. Frank zatrzymał się by pomóc towarzyszowi… I sam upadł. Obu ogarnęła ciemność…
     - Jak pan myśli doktorze, da się uratować ich nogi?
     - Nie wiem. Po prostu nie wiem. Wpakuje ich zaraz do autodoca i zobaczymy.
          Światło. Bardzo jasne światło. Tak jasne, jak pierwszy widok ślepca, który odzyskał wzrok akurat kiedy twarz miał skierowaną wprost na słońce w zenicie.
          "Pali" pomyślał Frank "pali jak jasna cholera".
     - Budzi się.
     - W końcu musiał się obudzić.
          "Ja nie żyję. Pamiętam opowiadania o jasnym świetle. Tylko gdzie się podział tunel?"
     - Proszę spojrzeć doktorze. Drugi też się budzi.
     - Jak się czujesz?
          "Anioł. Cały w bieli i promienieje blaskiem. To na pewno anioł"
     - Gdzie jestem? - spytał Frank.
     - Nie bój się, jesteście w dobrych rękach. Staraj się na razie nie patrzeć. Twoje oczy się od tego odzwyczaiły.
     - Jak to się odzwyczaiły?
     - Hmm… Jakby to…
     - Jak to się odzwyczaiły?!
     - Po prostu nie używałeś ich przez dwa miesiące.
     - Jak... Dwa? Miesiące?!
     - Odpoczywaj.
          "Gdzie ta cholerna butelka?" zastanawiał się Jeff macając w koło ręką. "Co ja wczoraj piłem? Nawet po paliwie do rakiet tak mnie gały nie napierdalały… no, ale dzisiaj może chociaż wysrać się będę mógł bez obaw. Blizny na dupie po tamtym razie będę miał chyba do końca życia." Pomacał jeszcze chwilę, lecz nic nie znalazł. Przynajmniej nic, co choć trochę przypominałoby w dotyku butelkę gorzały. Zrezygnowany postanowił się zdrzemnąć i poszukać dalej, kiedy już odzyska wzrok.
     - Pobudka! Ileż można spać? Już jesteście zdrowi a te łóżka są mi potrzebne. Mam innych pacjentów.
          Dwaj nieszczęśnicy otworzyli oczy, rozejrzeli się i obaj równocześnie zapytali:
     - Co to wszystko ma znaczyć? Gdzie ja jestem? I kim pan jest?
     - To jest klinika a ja jestem lekarzem. A teraz wstawać z łóżek, wam już nie są potrzebne.
          Mężczyźni rozejrzeli się dookoła, spojrzeli na siebie nawzajem, na doktora, znów na siebie.
          Jeff pomyślał: "W różnych miejscach się budziłem, ale żadne nie było takie czyste… ja też nigdy nie byłem taki czysty…"
          W końcu Frank się odezwał.
     - Jak tu trafiliśmy?
     - To już opowie wam człowiek, który was tu przywiózł. Znajdziecie go za tymi drzwiami. No a teraz jazda z łóżek!
          Z ociąganiem wstali, rozejrzeli się za jakimś ubraniem i dopiero teraz spostrzegli, że są ubrani w śmieszne niebieskie piżamy.
     - Mamy wyjść stąd w TYM? - zapytał Jeff wskazując na piżamę.
     - Ale jak już się ubierzecie to macie mi te kombinezony oddać! - rzucił doktor i wyszedł przez drzwi po przeciwnej stronie pomieszczenia.
          Dwie ofermy w niebieskich piżamach wyszły przez drzwi wskazane im przed chwilą.
          Weszli do długiego korytarza, całego zrobionego z metalu, jasno oświetlonego lampami elektrycznymi. Po obu stronach korytarza były drzwi prowadzące do pomieszczeń podobnych do tego, które opuścili. Wszędzie krzątali się ludzie ubrani na biało.
     - Dobrze że już jesteście! Nawet nie wiecie jak jestem wam wdzięczny! Ja i mój towarzysz.
     - Kim pan jest? - zdziwił się Frank.
     - Za co wdzięczni? - zaciekawił się Jeff.
     - Jak to za co? Za tą wspaniałą dywersję w bazie mutantów. Gdyby nie wy, nie wiem czy dalibyśmy im radę we dwóch. Na szczęście strażnik tak zgłupiał, że nie zauważył jak się zbliżyliśmy. Naprawdę nie wiem jak się wam odwdzięczymy.
     - Trochę mi w gardle zaschło - powiedział Jeff.
     - Oczywiście, oczywiście. Zaraz pojedziemy do miejsca odpowiedniego na rozmowy. W samochodzie mamy jeszcze też kilka buteleczek. Na drogę.
     - Idziemy - powiedział Jeff zanim Frank zdążył zaprzeczyć.
          "Chyba nic złego nam nie grozi" myślał Frank idąc za Jeffem, podążającym śladami nieznajomego. "W końcu nie przywiózł nas do kliniki, żeby nas zabić".
          Dotarli do windy (tak się to podobno nazywało, uwierzyli bo nigdy wcześniej nie widzieli ruchomej komórki), wjechali na górę i wyszli na powierzchnię. W blasku słońca ich oczom ukazał się wielki, błyszczący pojazd. Frank od razu zaczął się zastanawiać jak brahminy mogą uciągnąć taką kupę żelastwa. I gdzie są brahminy? Jeff z natury przyjmował do świadomości (w tych rzadkich chwilach, gdy myślał trzeźwo) wszystko co widział i słyszał w sumie bez większych zastrzeżeń.
     - Aaaaa! KOONNSSEEERRWAAAAA! - krzyk Jeffa wyrwał Franka z zamyślenia. Spojrzał na pojazd i zobaczył wychodzącą z niego konserwę. Już mieli zacząć uciekać gdy poczuli mocny uścisk na ramionach.
     - Spokojnie. To mój przyjaciel, Cassidy. Nosi pancerz bo na pustkowiach bez tego trudno przeżyć - powiedział nieznajomy, podszedł do pojazdu, wyciągnął drugą konserwę i zaczął ją na siebie po kawałku zakładać.
     - Oddawać kombinezony! - usłyszeli za sobą. To był doktor. Tymczasem nieznajomy skończył się… hmm… jakby to określić… pakować? w konserwę, sięgnął do otworu z tyłu pojazdu i wyciągnął stamtąd dwa komplety porządnych traperskich skórzanych ubrań.
     - Załóżcie to i oddajcie mu kombinezony bo zaraz je z was pozdziera - powiedział nieznajomy po czym zwrócił się do Cassidyego - Nie rozumiem tego doktorka. Człowiek przepłaca za to leczenie okrutnie a on żałuje kombinezonu. A nie ma to jak ubranko schronowe pod pancerzem. Ech, szkoda, że to po dziadku już się rozleciało.
     - Co teraz? - Frank zwrócił się z tym pytaniem do Jeffa, lecz zanim ten zdążył odpowiedzieć wyręczył go nieznajomy.
     - Jedziemy się napić.
          Nie bez obaw nasi dzielni bohaterowie wsiedli do dziwnego pojazdu, który jak się okazało nie potrzebował zwierząt pociągowych i był o wiele wygodniejszy niż zwykły wóz. Po drodze nieznajomy opowiedział im całą historię z bazą mutantów. Żaden nie uwierzył, że wbiegli tam i wybiegli żywi. Może kiedyś sobie przypomną. Jak zwykle w takich sytuacjach droga minęła im bardzo szybko, nawet nie zauważyli kiedy się ściemniło. Frank zauważył, że pojazd oświetla sobie drogę. Przez chwilę wahał się czy spytać w jaki sposób, lecz uznał, że już go nic nie zdziwi. W końcu się zatrzymali i wysiedli.
          To co ujrzeli przerastało ich wyobraźnię. W samym środku pustkowi stał niewielki drewniany bar, jakich pełno (tyle, że w zaludnionych okolicach). Nie zdumiało ich to, że stał na kompletnym odludziu. To,co było dla nich niewyobrażalne stało przed nim. Pośród pojazdów mniej więcej podobnych do tego, którym przyjechali, stało coś dwukołowego, podpartego wysuniętym ze spodniej części prętem. Stało i lśniło. Lśniło jak nic innego na pustkowiach.
     - No chodźcie - nieznajomy przyjaźnie klepnął ich po plecach, co prawie ich przewróciło.
     - Przepraszam, czasem zapominam, jaką siłę daje ten pancerz. Jak tylko wejdziemy to go zdejmę i dam zarobić temu chłopaczkowi co to się chwalił, że wszystko doczyści.
          Ruszyli w stronę baru. Przed samym progiem Jeff spojrzał na szyld. Widniał na nim napis:

Cat's paw - tylko dla członków SHAMO fallout community.

c.d.n. ?

© 2003 Wajuś & Abadon

<< TWÓRCZOŚĆ | INNE OPOWIADANIA