BAZA
"Kiedy Katedra i Baza Omega zostały zniszczone wszyscy myśleli że to koniec potęgi super mutantów - jak bardzo się mylili..."
Przez kawałki postrzępionej szmatki zasłaniającej okno
wpadły pierwsze promienie słońca, Frank zbudził się z
potwornym bólem głowy, ostatniej nocy kiedy jego karawana
przybyła do Modoc dowiedział się że miasto nie ma już żadnych
rzeczy do wymiany i jego interes zbankrutował. Frank pogrążony
w rozpaczy "zalał robaka" w tutejszym 'Rose Bed &
Breakfast', pieniądze wydał na nocleg i na alkohol...znalazł
się w beznadziejnej sytuacji.
Wstał i wyjął z szafki Desert Eagl'a i wyszedł z pokoju,
poszedł do jadalni.
Rose przekwitała go szczerym uśmiechem.
- Przykro mi Frank że nie udało ci się z tymi
karawanami, rzeczywiście prowadzenie karawan to trudna fucha a
ty nie zawsze masz szczęście, więc dzisiaj postawie ci za
darmo omleta z naszych 'kurzych' jaj. - powiedziała.
- Dzięki Rose, dzisiaj nie jestem zbyt rozmowny bo boli
mnie łeb po ostatniej nocy. - powiedział do Rose a kiedy obróciła
się po jajka schylił się i szybko ukradł zawartość skrzynki
"Zgubione i Znalezione".
Podszedł do stołu i usiadł w zamyśleniu. Rose przyniosła mu
omlet i dwie butelki piwa "gratis" -jak to wytłumaczyła,
zaczął pochłaniać śniadanie w milczeniu.
Zawartość skrzynki "ZZ" zaciekawiła go bardzo, szary
zakurzony holodysk z porysowaną powierzchnią, było na nim coś
napisane ale wyglądało to na jakiś dziwny szyfr-kilka cyfr
jakieś znaczki i litery układające się w nieznane zdanie.
Oprócz tego 67 zł w małej brązowej sakiewce, 2 flary i
magazyn Cat's Paw.
Frank dokończył posiłek i poszedł wziąć swoje rzeczy z
pokoju. Wyjął z szafki swoje rzeczy i włożył wszystko do starego
szarozielonego plecaka, zamknął drzwi i wyszedł z domu.
Światło słońca oślepiło go chwilowo, rozejrzał się wokoło
i spostrzegł dwóch ludzi siedzących pod uschniętym drzewem na
starych fotelach, rozmawiali o czymś ale nie usłyszał o czym.
Małe dziecko wyprowadziło bramina na pole i skierowało się w
stronę rzeźni, dochodziły stamtąd dziwne odgłosy szarpania
skóry i muczenie braminów. Poszedł do okolicznego sklepu należącego
do Jo - starego murzyna wymieniającego różne rzeczy na inne.
Po chwili spaceru i rozmyślaniu na temat tajemniczego holodysku
doszedł do sklepu, otworzył drzwi, poczuł zapach stęchlizny
wszedł do pokoju i zobaczył tam 3 duże szafki a wnich pełno
kartonów, kilka śmieci, fotel i Jo stojącego za starym spróchniałym
biurkiem.
- Cześć Frank, jak się masz po ostatniej nocy? -
zapytał Jo.
- Nawet nie pytaj Jo, łeb mnie boli jak bym dostał w
pysk od DeatchClawa - odpowiedział Frank.
- Nie martw się, ja tak samo i do tego jestem nie
wyspany, co prawda położyłem się spać ale później miałem
dziwną przygodę słuchaj - powiedział Jo - Kiedy położyłem
się do mojego łóżka usłyszałem dziwne kroki i rozmowę,
pomyślałem że to jacyś wędrowcy ale te głosy nie spodobały
mi się, były jakieś ochrypłe, wziąłem moją dwururkę naładowałem
ją i wyszedłem z domu, rozglądnąłem się ale nikogo nie
zauważyłem, kiedy obszedłem dom znowu usłyszałem te głosy,
wyraźnie słyszałem że jest ich dwóch, byłem nawalony więc
nie rozróżniałem słów, kiedy chwile postałem tych dwóch
nagle umilkło i usłyszałem trzeci ale jakiś zniekształcony głos,
był jakiś przerywany i dziwnie przytłumiony, tych dwóch kiedy
usłyszeli ten głos szybko pobiegło prosto w pustkowia, nie
wiem co to za durnie ale potem kiedy wyjrzałem zza rogu mojego
domu zobaczyłem sylwetki Super Mutantów, w czasie biegu zgubili
coś co wyglądało na jakiś dziwny kawałek szarego metalu,
sprzedałem go Rose za "niską" cenę hehe, to tyle i
dlatego się nie wyspałem bo ciągle myślałem że wrócą po
ten śmieszny metal i bałem się jak mały gówniarz.
Kiedy dokończył Frank skojarzył fakty że ten metal to jego
holodysk i widocznie należał do tych dwóch Super Mutantów,
nie powiedział o tym Jo bo go ukradł.
- Ciekawa historia Jo ale tak w ogóle przyszedłem się
pożegnać bo wyruszam do Vault City, mam tam ważną sprawę do
załatwienia więc na razie.
- Cześć Frank, pamiętaj że tu zawsze będziesz
witany z otwartymi rękoma - pożegnał się Jo
Frank wyszedł z domu i ruszył w stronę Vault City, minął po
drodze Rose Bed&Breakfast i małą toaletę z której
wydobywał się odurzający zapach metanu i kilku innych
"ciekawych" rzeczy, po kilkunastu minutach marszu
miasto Modoc powoli znikło na horyzoncie.
Po 4 dniach wędrówki Frank doszedł do Vault City, miasto było
okrążone murami które miały chronić je przed Raidersami, w
dali nad budynkami ujrzał niewyraźną kopułę Central Council
- siedzibę pierwszego mieszkańca, Frank nie wiedział jak się
on(a) nazywa ale słyszał że to straszna suka.
Przywitał go jeden z kilku strażników stojących koło bramy
wejściowej.
Po lewej był mały placyk okrążony przez wysoką siatkę a w
środku wałęsali się jacyś zabrudzeni ludzie, dalej stało
kilka namiotów, zagroda braminów i jakiś sklep z żółtą,
okrągłą i uśmiechniętą gębą na ścianie. Za namiotami stał
domek średniej wielkości z napisem "BAR", Frank bez
namysłu się tam skierował.
Niestety na barze był napis "nieczynne", Frank nacisnął
klamkę a drzwi otworzyły się bez żadnych trudności, Frank
bardzo się zdziwił ponieważ bar był kompletnie pusty, za ladą
nie było barmana a przy stolikach nie siedzieli klienci.
- Kurwa, co ja teraz będę pił. - powiedział wściekły
Frank.
Wyszedł z pustego baru i skierował się do bram miasta, do
wielkiego schronu gdzie w jednym z wielu komputerach będzie mógł
odczytać holodysk, widział kiedyś jak jego ojciec coś takiego
robił ale w innym mieście.
Kiedy stanął przed bramą pokazał przepustkę dzienną którą
odebrał kiedyś zabitemu handlarzowi, dał się przeszukać a
kiedy brama otworzyła się wszedł do miasta. Wiedział że na
pewno te dupki go nie wpuszczą do schronu więc będzie musiał
jakoś się tam dostać. Kiedy stanął na drodze prowadzącej do
schronu zobaczył wielkie stalowe ściany rozchylone tak aby było
w nich przejście, z tyłu dobiegały głośne krzyki na temat
wolności i bluzgające tutejszych strażników. Właśnie się
zastanawiał jak się dostanie do schronu kiedy usłyszał strzały
- ktoś zastrzelił tego palanta który tak się wydzierał, pomyślał
że to strażnicy ale zaraz sobie przypomniał że oni nie mogą
strzelać do przechodni więc obrócił się i zobaczył kilka osób
- ghoula i dwóch ludzi a poza tym leżącego denata na ziemi z
rozwalonym łbem i kilku strażników biegnących w kierunku tych
trzech.
Jeden z nieznajomych krzyknął do ghoula a ten zaczął pędzić
w stronę Franka z podniesiona bronią, Frank już łapał za
Desert'a gdy ghoul minął go na pełnej szybkości krzycząc do
niego-
- Ej stary jak masz ochotę dostać się do schronu to
leć ze mną, szybko! - krzyczał ghoul.
Frank bez zastanowienia zaczął biec w stronę schronu, po
drodze zobaczył dwa ciała strażników, jeden miał wielką
dziurę w klatce piersiowej a drugi nie miał ręki, jego kończyna
leżała kilka metrów dalej. Wbiegł do wielkiego korytarza i
zobaczył na chwile ghoula który biegł dalej. Kiedy Frank skręcił
zobaczył wielkie okrągłe stalowe wrota otwarte na oścież,
przebiegł przez nie i zobaczył ghoula czekającego na niego w
windzie.
- Szybciej, nie będę na ciebie czekał całą wieczność.
- powiedział z uśmiechem ghoul - Mam na imię Lenny i jestem z
Gecko.
- Jestem Frank, miło cię poznać - odpowiedział Frank
odwzajemniając uśmiech.
Wjechali na 3 poziom i wybiegli z windy.
- Czego szukasz w tym schronie? - zapytał zaciekawiony
Lenny
- Muszę odczytać holohdysk który znalazłem -
odpowiedział Frank pokazując dysk.
- Ja muszę znaleźć położenie Vault 13, mój kumpel
szuka tego schronu.
Doszli do końca korytarza gdzie rozwidlał się pod kątem
prostym w prawo i lewo. Lenny od razu skierował się w lewą
stronę do drzwi z napisem "Centrum Dowodzenia". Drzwi
otworzyły się i obaj wszedli do dużego pomieszczenia, wszędzie
były komputery nadzorujące prace w schronie, migały światełkami,
zapalały się i gasły, raportowały stan schronu, Lenny podszedł
do jednego z większych komputerów i powiedział - Ej jak masz
coś do oddczytania to daj mi to i zaraz sprawdzimy co na tym
masz, ale najpierw znajdziemy położenie Vault 13, jeśli tu
jest.
Frank podał swój holodysk Lenny'emu a ten włożył go do
komputera.
Lenny zaczął wystukiwać coś na klawiaturze, przez chwile
wpatrywał się w przesuwającą się kolumnę danych a potem
znowu zaczął stukać w klawiaturę,
- Cholera, na tym wraku niema żadnych informacji o
Vault 13, jest tylko coś o 15-stce, wali mnie to, skopiuje to coś
o 15-stce i zaraz odczytam twój holohdysk - powiedział Lenny z
wyraźnie niezadowoloną miną.
Wystukał coś na klawiaturze a na monitorze zaczęły się
pokazywać rożne dane.
Frank podszedł do monitora i spojrzał na dane -
***Raport nr 1***
*Dostarczyć do* :
*Ceta 0*
Budowa bazy została zakończona, wszystkie prace zostały ukończone pomyślnie i bez problemów. Odnowione generatory pracują bez zarzutów, wirus FEV został przetransportowany i wlany do nowych zbiorników, niestety trzeci zbiornik jest uszkodzony i potrwa naprawienie go więc aktualnie mamy działające dwa zbiorniki z wirusem.
Ludzkie patrole nie zostały zauważone więc bliskość osady ludzi została wykluczona, wysłano 4 grupy patrolowe z czego jedna powróciła a trzy są jeszcze na zwiadzie. Jesteśmy w pełni gotowi do eksperymentu i prosimy o przysłanie obiektów doświadczalnych, klatki są przygotowane i mimo ogromnej siły tych bestii powinny wytrzymać.
Koniec
Lenny spojrzał na Frank dziwnie.
- Skąd to masz, kurwa to jakaś pieprzona baza gdzie będą
znowu grzebać z FEV'em - wymamrotał ghoul.
- Taa, to super mutanci, mój kumpel w Modoc widział
jak to zgubili, cholera trzeba ich powstrzymać zanim... czekaj,
a co to za gówna chcą wsadzić to tych swoich zbiorników co? -
powiedział Frank
- Mię się nie pytaj bo seryjnie nie wiem chociaż z
tego co wyniku w tym raporcie to jedyne "silne bestie"
to DeatchCla... - urwał Lenny
- O ja pierdole, wyobraź sobie co się stanie jak je
tam wrzucą - stwierdził Frank
- Lepiej o tym na razie nie myśleć a tak poza tym to
lepiej się stąd zmywajmy, może mój kumpel nam pomoże -
poradził ghoul
Lenny wyciągnął dysk i zaczął kierować się w stronę windy
a Frank podążył za nim, obaj doszli do windy, wjechali na
pierwszy poziom a doszły ich słabe huki wystrzału broni, to
nadal walczyli strażnicy i kumple Lenny'ego, oboje szybko
pobiegli do wyjścia ze schronu, tam ujrzeli kilku strażników
stojących plecami do nich wymieniających strzały z atakującymi.
Frank i Lenny szybko powystrzelali nic nie wiedzących strażników
a ci padli zimni na ziemie.
- Lenny jeśli się nie pospieszysz to zrobią z nas
sito!!!- krzyknął kumpel Lenny'ego
Obaj pobiegli do grupy kompanów Lenny'ego i razem skierowali się
w stronę głównej bramy.
- Teraz będzie cholernie trudno się stąd wydostać,
strażnicy na zewnątrz już wszystko wiedzą i gotują się żeby
skopać nam dupy - optymistycznie powiedział człowiek w
zielonej skórzanej zbroi.
- Uspokój tyłek Cass, wiesz że ty rozwalisz
wszystkich więc czego tu się bać- powiedziała ironicznie
tajemnicza postać ubrana w metalową zbroję.
- Bez jaj, Crampy mówi że wam i nam się uda -
powiedział dzikus z kością w nosie.
- Lenny czy ty nigdy nie przestaniesz śmierdzieć, boże
TY NAPRAWDĘ potrzebujesz kąpieli albo jakiejś dezynfekcji, ile
razy ci już to mówiłem - odezwał się Cassidy - a tak w ogóle
ten facet to kto to jest, widziałem jak razem wbiegliście do
schronu.
- Ten koleś to Frank, jest po naszej stronie więc
spokojnie, a na temat mojego zapachu zamknij się bo kibel po
twoim wyjściu w Gecko walił jeszcze mocniej - rzucił Lenny
- No mam nadzieję - powiedział ten w metalowej zbroi.
Wszyscy dobiegli do bramy która bez żadnych problemów się
otworzyła i ukazała siedmiu strażników. Od razu otworzyli
ogień ale na szczęście serie z karabinów przeszyły puste
powietrze, po drugiej stronie brama była pusta a strażnicy
tylko dziwnie popatrzyli po sobie bo zaraz oberwali granatem
fragmentacyjnym rzuconym przez dzikusa -Hahaha, się nam tera udało
- oznajmił z dumą dziki
Po strażnikach została tylko kupa mięcha i poskręcane
zakrwawione szczątki metalu i ciała.
Cała grupa w zaczęła biec do wyjścia, tutejsi ludzie
oklaskiwali ich, widocznie nie lubili tych strażników i całego
VC.
Kiedy byli daleko od miasta w dość dużym kanionie odetchnęli
z ulgą pewni że nikt nie będzie ich ścigał usiedli pod
skalnym dachem i rozpalili ognisko.
- Ale była jazda, ale czas się przedstawić
nieznajomemu, ja jestem Dean, ten dziki z kością w nosie
przedstawiający się w liczbie mnogiej to Sulik, ten łysy wesołek
z niezbyt wytrzymałym sercem to Cassidy a tego ghoula już
znasz, oto pachnący Lenny, hehe - zaczął Dean
- Ja jestem Frank i pochodzę z Redding, kiedyś robiłem
w karawanach ale to nie wypaliło - powiedział Frank
- No racja, słyszałem że karawany to trudna i ciężka
robota - odezwał się Cassidy
- A tak poza tematem, po co byłeś w schronie? - zapytał
Dean
- W Modoc znalazłem ten holodysk, zgubiły go dwa
supermutanty. - odpowiedział Frank
- Jeśli zapuściły się tak daleko to na coś wskazuję,
cholera dotąd siedziały tylko na południu w swoich
zrujnowanych bazach - powiedział wyraźnie zaniepokojony Dean, w
tym czasie Lenny rozdał każdemu już przypieczone igunay na
patyku
- A co było na tym holodysku Frank - powiedział
zaciekawiony Cassidy
- Jakiś raport, mówiący o zbudowanej nowej bazie. -
rzucił Frank zagryzając przy tym iguane
- Mogę go przeczytać? - Dean wyciągnął małą brązową
rzecz z kilkoma przyciskami i mnóstwem kabelków - mam tu mojego
PipBoy'a.
- Jasne, trzymaj - Frank podał Dean'owi holodysk a ten
włożył go do otworu w PipBoy'u.
Zaległa cisza, Dean czytał raport obgryzając iguanę a reszta
w ciszy zajadała się smakołykiem, robiło się ciemno, po
kilku minutach Dean odezwał się oddając Frank'owi holodysk.
- Kurwa, niezły problem, jeśli to jest prawda to ktoś
będzie musiał się tym zająć - stwierdził Dean
- A o co chodzi? - zapytał Cass z pełną gębą
iguany.
- To te zasrane mutanty znowu coś szykują, słyszałem
dużo opowieści o nich, i w mojej wiosce Arroyo i na świecie.
Zbudowały nową bazę ze zbiornikmi FEVa i planują tam coś
wrzucić, jeden huj wie co - powiedział zamyślony Dean.
- Razem z Frank'em stwierdziliśmy że opis w raporcie
wskazuję na te cholerne DeatchClawy, jeśli je tam wrzucą to
boję się myśleć co wylezie z tego cholernego zbiornika. -
powiedział przerażony ghoul.
- Grampy mówi że tam gdzie mutanty tam zło - dziki tępo
powiedział jak by w transie
- Ty cholerny dzikusie, nam tego nie mów, my wiemy co
to są super mutanty. - zezłościł się Cass
- Tak czy inaczej trzeba je powstrzymać, a jedyni którzy
potrafią to zrobić to Bractwo Stali. - powiedział Frank
- Taa, jak dojdziesz do ich głównej siedziby to mi
powiedz, człowieku wiesz jak to daleko stąd, to jak...jak dwie
podróże z Vault City do San Francisco i z powrotem, to kupa
drogi, jak ty chcesz tam dojść!!! - oburzył się Dean
- Crampy nas zabierze, on ma moc - odezwał się Sulik
- Idź spać - rzucił Lenny
- Ale zastanów się Dean, on ma rację, Bractwo Stali
to jedyna siła dorównująca super mutantom, jeśli oni nie
zaczną walczyć to wszyscy przegramy - powiedział Cass
- Pamiętasz jak gówniarze Wraightów zaprowadziły nas
w nocy do tego miejsca gdzie rodzina Salvatore kręciła jakieś
interesy z tymi dziwnymi ludźmi w czarnych stalowych zbrojach,
może oni są w stanie pomóc. - zamyślił się Dean
- Kurwa, a pamiętasz jak te same dupki co ich spotkaliśmy
pewnego razu rozwalili farmerów i jedno dziecko, przecież oni są
okrutni - powiedział Cass.
- Co się robi na tym cholernym świecie, ale wiecie co,
w San Francisco jest mała baza Bractwa Stali może jeśli tylko
tam dojdziemy to oni już zajmą się resztą - odezwał się
Lenny
- Nawet nie wiemy gdzie jest ta baza, cholera może
najpierw położymy się spać, już ciemno a poza tym jutro
zastanowimy się przy zimnym piwku w Gecko - zaproponował Frank
- Dobry pomysł - rzucił Dean
Wszyscy okryli się starymi śpiworami i zasnęli.
Kilkaset kilometrów dalej, pierwsze nowe zmutowane bestie zostały
wypuszczone na pustkowia, miały jeden cel ataku, miasto Broken
Hills....
Cdn.
(c) -Kooper- 2002-06-24