ŻYWOT MAXA
Nazywam się Max. Dzieciństwo przeżyłem w rodzinnej wiosce na południowy zachód od Klamath. Nie mieliśmy praktycznie żadnej technologii poza... Właściwie nie wiem, co to jest. Jest to pudełko z oknem i kilkoma przyciskami, drugie metalowe pudełko i kilka lusterek z dziurką w środku każdej. Wódz plemienia mówi, że kiedyś służyło to do zabawy, więc ukradł jedno ze swojej krypty, lecz nie wie, czemu to nie działa.
Nie interesuję się zbytnio tym, co się dzieje w wiosce, ale gdy dowiedziałem się, że Sulik wyruszył w poszukiwaniu siostry, wściekłem się, że nie wziął ze sobą swego ulubionego kumpla, czyli mnie. Byłem pewien, że sam nie da sobie rady (a ja dodatkowo, wyrwię się z wioski), więc wyruszyłem za nim. Wziąłem włócznię, jedzenie i sto kapsli od wodza. Mówił, że kiedyś tym się handlowało. Nie wiem, po co komu kapsle, skoro nie można nimi się ogrzać i ich zjeść. Cieszyłem się. W końcu udało mi się wyrwać z tego zadupia.
Ruszyłem najpierw na południe. Może tam znajdę Sulika. Po dwóch dniach spotkałem trzy radscorpiony. Wyciągnąłem włócznię i rzuciłem nią w jednego z nich. Chybiłem. Nie mając broni postanowiłem uciec. Biegłem przed siebie nie oglądając się za siebie. Nie wiem ile biegłem. Parenaście czy paredziesiąt minut. Nie wiem i nie obchodzi mnie to. Ruszyłem dalej na południe. W czasie podróży przeszedłem obok wielkiego budynku. Z daleka widziałem koło niego kilka namiotów. Pustych. Chciałem w nich przespać się, lecz krążyło tam wiele wściekłych psów. Jeden zauważył mnie. Zaczął biec. Ze strachu wyrzuciłem część jedzenia. Smutny ruszyłem dalej. Musiałem zmniejszyć dzienną racje posiłków. Po tygodniu zabrakło mi jedzenia. Bez broni, bez pożywienia, bez jakichkolwiek szans na przeżycie doszedłem do nieznanej mi jeszcze miejscowości.
Mur był zrobiony z czegoś, co wyglądało jak w książce wodza pod tytułem "Katalog samochodowy 2054". W tym murze była wielka rura o około trzy łokcie wyższa ode mnie. Koło niej stał facet ze strzelbą. Ostrzegł mnie, że w tym mieście jest porządek i on chce, żeby tak zostało. Przeszedłem obok niego pełen strachu. Po chwili humor mi wrócił. Nie mogłem nacieszyć oczu tym, co widziałem. Widziałem świecące wyrazy i kilku piętrowe budynki.
Poszedłem do baru. Poprosiłem jedną nuka colę i chciałem zapłacić, lecz barman nie wziął mych kapsli. Zacząłem krzyczeć, że jest rasistą. Nawet nie wiem skąd znam takie mądre słowa. Rozwaliłem dwa stoły i jedno krzesło. Szybko przybyła straż i próbowała ogłuszyła mnie. Krzyknąłem, że nie dam się. Stłukłem butelkę i próbowałem nią walczyć. Udało mi się dźgnąć dwie osoby. Miałem przewagę aż do chwili, gdy ujrzałem dwie wielkie strzelby mych oprawców. Ze strachu upuściłem szkło. Kiedy starałem się podnieść butelkę, dostałem inną w tył głowy.
Nie wiem ile spałem, ale chyba długo. Obudziłem się w więzieniu. Były tylko dwa wyjścia: okno z kratami i zamknięte drzwi. Próbowałem je wyważyć, lecz skończyło się na próbach. Po chwili usłyszałem męski głos:
- Zostaw te drzwi, jeśli ci życie miłe.
- Wypuście mnie stąd -starałem się mówić bardzo błagalnie.
- Dobra, dobra, ale za dwa tygodnie- powiedział próbując siebie dowartościować.
- Co mogę zrobić żebyście wcześniej mnie wypuścili.
- Na przykład możesz posmarować moją dłoń pieniędzmi.
- Mam trochę pieniędzy.- Ujrzałem światełko w tunelu.
- Naprawdę?
- Chodź to ci pokaże.
- Taa ja wejdę, a ty mnie ogłuszysz. Znam te numery.
- Dobra mam sto kapsli.
- Chyba sto dolarów?
- To nie handluje się już kapslami?- Światełko okazało się pociągiem.
- Nie.- Wyciągnął kilka kawałków papieru i pomachał mi nimi znacząco przed otworem w drzwiach, po czym schował je.- Możesz odpracować to, co zniszczyłeś.
- Co na przykład mogę robić?- Pociąg zatrzymał się na szczęście.
- Mógłbyś być kelnerem.
- A ile musiałbym być tym kimś?
- Tydzień
- To też za długo. Nie ma czegoś żebym mógł wyjść jutro.
- Jest coś, ale jesteś pewien, że chcesz zaryzykować?
- Tak.- Powiedziałem pełen przekonania.
- Zaczekaj zaraz zawołam burmistrza to z nim pogadasz.
Poszedł. Postanowiłem nie wyrzucać kapsli. Może się kiedyś mi jeszcze przydadzą. Podczas nieobecności strażnika miałem znów zamiar uciec. Po paru minutach udało mi się wyrwać dwa pręty z okna. Dziura była na tyle duża, że zdołałem przecisnąć przez nią głowę i wyjrzałem. Zobaczyłem drugiego strażnika, który przechodził akurat obok. Powiedział do mnie: "Jeżeli ci życie miłe schowaj ten zakuty łeb!". Cofnąłem, czym prędzej ją. Znów byłem pełen strachu. Zacząłem się modlić i prosić Duchy, aby mi pomogły wrócić cało do wioski. Po dziesięciu minutach przyszedł dobrze mi znany strażnik z moim posiłkiem i jakimś facetem. Jak się okazało był to burmistrz, tylko nie wiem, czego.
- Nazywam się John Darkwater. Jestem Burmistrzem tego miasta, czyli Junktown. Mamy tu problem z Łukaszem właścicielem kasyna.
- A, co mam z tym wspólnego?
- Jeżeli go wyeliminujesz to będę bardzo zadowolony.
- A dacie mi wolność?
- Damy ci wolność, sto dolarów suchy prowiant na drogę i zapomnimy o tym, co zrobiłeś w barze.
- Szefie on zarobi więcej niż ja.- Odezwał się oburzony strażnik.
- Masz rację. Zapłacę mu więcej.-Po tych słowach strażnik zdenerwowany podszedł do "okna".
- Co tu się stało?
-Yyy- Starałem się jakoś wykręcić.- To tylko przez przypadek.
- Przymknij się Karls- Uratował mnie burmistrz strofując strażnika.- Będziesz musiał kropnąć Łukasza i uciekać stąd.
- Dlaczego?- Odezwałem się do Johna.
- Bo Łukasz ma sporo kumpli, którzy chętnie by ciebie zabili, za to, co zrobisz.
- Wybijcie to sobie z głowy.
- No dobra damy ci dwieście dolarów.
- Trzysta- Mimo, że dopiero drugi raz usłyszałem o dolarach postanowiłem ich mieć jak najwięcej.- i sprawa załatwiona.
- O kurde.- Po tych słowach strażnik wyszedł bardzo zdenerwowany, a na moich
ustach powstał lekki uśmiech.
- Sprawa załatwiona. Masz to zrobić dzisiaj w nocy.
- Dzisiaj? Ale ja nie mam żadnej broni.
- Damy ci karabin z lunetą.
- Dobra. Nie mam już żadnych pytań.- Ta odpowiedź wyraźnie zadowoliła Łukasza.
Wypuścili mnie z więzienia i zaprowadzili do hotelu. Dostałem pokój z wygodnym łóżkiem. Przed snem Łukasz powiedział: "Możesz tu się przespać kilka godzin. Zostawiam tu strażnika abyś nie uciekł." Nie mogłem od razu zasnąć. Śniło mi się, że jestem w mojej rodzinnej wiosce i nie muszę już szukać, Sulika, Bo właśnie pijemy nuka colę i rozmawiamy o tym jak wyruszyłem na poszukiwanie go. Jak byłem, w Junktown. Jak zabiłem pełno mutantów i radskorpionów. Lecz to był tylko sen. Obudzili mnie po czterech godzinach. Było już ciemno. John dał mi prowiant i pieniądze i życzył mi powodzenia. Jakiś muskularny facet zaprowadził mnie pod okno Łukasza i dał mi broń. Wtedy wszystko się wydało.
- Wiesz, co stary? Ja nie umiem strzelać.
- Co?- Pokazał mi jak się ładuje i strzela.- Zrozumiałeś?
- Już tak.
- Ja też mam jedno pytanie. Czy wrócisz tu jeszcze?
- Tak.
- Ty tumanie- Zaczął po cichu krzyczeć.- Szef przecież zabronił ci.
- Żartowałem stary.
- Aha. Nie rób tak więcej. Ja wszystko rozumiem, co się do mnie mówi, mimo, że spadłem na głowę, gdy byłem mały. A teraz wracamy do ineresów. Ja zaraz odejdę jak przestaniesz mnie widzieć policz do 20 i strzelaj. Pa stary.
- Żegnam.
Po tych słowach odszedł, a ja zacząłem liczyć. Gdy skończyłem, przycelowałem i oddałem strzał. Łukasz padł na ziemię. Nikt nie załuważył jego śmierci. Ja nie ryzykując zacząłem uciekać na północ. Byłem pewien, że uda mi się dojść do tego Gecko bardzo szybko. Okaże się, że to jednak będzie trwało znacznie dłużej. Spodobało mi się to, że zarobiłem cokolwiek za coś innego niż łapanie radskorpionów.
Po tygodniu doszedłem do jakieś budynków ogrodzonych wysoką metalową siatką. Dochodziły z tamtego miejsca dziwne dźwięki podobne do buczenia. W siatce była dziura, przez którą wszedłem do środka. Przeszedłem się po placu aż do chwili, w której zobaczyłem w wielkim budynku otwarte wrota. Starałem się po cichu podejść do tej bramy. Lekko uchyliłem drzwi i zajrzałem do środka. Zobaczyłem wielkie kadzie z jakimś płynem i pełno facetów. Po zapachu przypuszczałem, że to była nuka cola. Ktoś mnie zobaczył i krzyknął "intruz". Gdy się obejrzałem za siebie ujrzałem dwóch gości. Chciałem wyciągnąć broń, lecz oni zdążyli ogłuszyć mnie. Gdy się ocknąłem byłem przywiązany do krzesła.
- Kim jesteś i kto cię przysłał?
- Jestem Max i nikt mnie nie przysłał.
- Nie kłam!
- Nie kłamię.- Zacząłem się poważnie bać.
- Dobra. Czego chcesz?
- Chciałem tylko kupić trochę jedzenia.
- Za, co obdartuchu?
- Za to, co mam w kieszeniu.
- Tey sprawdź, co on tam ma.
- Już szefie.- Tey podszedł do mnie i zaczął grzebać w kieszeniach, wyciągnął kapsle i pieniądze.- Szefie on ma kapsle.
- Co? Rozwiązać go.
Okazało się, że ten wielki budynek jest fabryką nuka coli, a tym gościom brakuje kapsli. Zapłacili po dwa dolary za jedną sztukę. Dali mi też suchy prowiant, trochę amunicji i kolorowe nuka cole..
Ruszyłem na północ. Po kolejnym tygodniu doszedłem do dziwnej jaskini. W jednej ze ścian znalazłem wielkie koło z liczbą 13. Obok tego koła stała jakaś konsola z ekranem i przyciskami. W ekranie zobaczyłem wielkiego włochatego jaszczura. Przeraziłem się i zacząłem znowu uciekać. Biegłem ile sił w nogach. Po chwili przypomniałem sobie, że mam broń. Wyciągnąłem ją i pobiegłem z powrotem. Udeżyłem we wszystkie klawisze w tym panelu. Wielkie koło przewróciło się i zniknęło w ścianie. Po kroku do przodu zobaczyłem drugie drzwi, a obok nich przycisk. Po przyciśnięciu go drzwi podniosły się. Zobaczyłem prawdopodobnie tego samego jaszczura. Chciał chyba coś powiedzieć, ale nie wiem jak to możliwe. Nie zdążył, bo zacząłem w niego strzelać. Gdy padł, wszedłem do środka. Zobaczyłem dwa kolejne jaszczury. Strzeliłem obu po nogach i zacząłem znowu uciekać. Dobrze, że już nie ciążyły mi te kapsle. Marzyłem, aby wrócić tu kiedyś i rozwalić tą jaskinię. Kto wie. Czułem lekki wstyd. Miałem dosyć być tchórzem. Postanowiłem, że już nigdy nie będę uciekał z pola walki. Po jakiejś godzinie podróży spotkałem gościa w kapturze. Stał on na moście.
- Ej gościu czy mogę przejść przez ten most?
- Jestem strażnikiem mostu. Jeżeli chcesz przejść przez most musisz odpowiedzieć na trzy moje pytania.
Pomyślałem, że to jest jakiś podstęp. Wolałem nie ryzykować i znależć inne przejście przez tę rozpadlinę. Po kolejnej godzinie spotkałem karawanę. Podbiegłem do niej i krzyknąłem.
- Hej! Zaczekajcie.
- Zatrzymaj się albo pożałujesz.
- Nie strzelaj.- Zatrzymałem się.- Pomóżcie mi. Proszę.
- Czego chcesz?
- Tylko informacji i wody.- Myślałem, że już będzie spokojniejszy.- Tylko tego, naprawdę.
- Nie oszukuj.- Facet zaczął celować we mnie.- Zawsze tak mówicie rabusiu.
Rozpoczęła się strzelanina. Pierwszy strzał oddał mój rozmówca. Na szczęście spudłował. Ja nie namyślając się długo wyciągnołem spluwę, jednocześnie skacząc na glebę. W myśl mego postanowienia zamierzałem nie uciekać. Oddałem dwa strzały zanim mnie postrzelili w lewe ramię. Oba były celne. Zanim straciłem przytomność usłyszałem krzyki ze wszystkich stron i ujrzałem przerażenie karawaniarzy.
Obudziłem się w namiocie. Przykryty byłem skórami. Byłem pewien, że to, co się wydażyło było snem. Ból ręki mogłem sobie jakoś wytłumaczyć. Z radości krzyknąłem "Jupi". Po paru sekundach do namiotu wszedł jakiś facet z wioski, którego nie znam. Rzekł.
- Dobrze, że się obudziłeś.
- Nie znam ciebie. Kim jesteś?
- Ja też ciebie nie znam. Ja jestem Nafd. Jestem wodzem tej wioski.
- To znaczy, że ja jestem naprawdę postrzelony w rękę. Powiedz mi, co się stało?
- W tym miejscu, w którym ty zaatakowałeś tę karawanę my robimy swoje ataki. Czekaliśmy aż odejdziesz. Gdy usłyszeliśmy twój krzyk, ruszyliśmy do ataku.
- Czemu mnie uratowaliście?- Czułem się jak bohater.
- Bo pomogłeś nam.
- Wielkie dzięki. Tak w ogóle to jestem Max. Długo spałem?
- Osiem godzin.
- Czy nie widzieliście tutaj gościa o imieniu Sulik? Ma w nosie kość.
- Nie, ale spytaj szamana. Mieszka naprzeciw tego namiotu.
Rozmawialiśmy jeszcze kilkanaście minut. Mimo wielkiego bólu, poszedłem do szamana. Ujrzałem go składającego modły do duchów.
- Witaj szamanie.
- Czego sobie życzysz?
- Mam pytanie.
- Odpowiem na pytanie jedno. Nie więcej. Mniej też nie. Mów treść mi pytania tego.
- Czy mógłbyś mi powiedzieć czy wiesz gdzie jest Sulik?
- Odpowiem ci, lecz od razu nie.
- A kiedy?
- Jutro rano.
- Musisz mi teraz powiedzieć.- Zacząłem krzyczeć na niego.- Gadaj, bo zabiję.
- No, dobra zaraz ci powiem.- Czułem strach mojego rozmówcy.- Proszę tylko się uspokój.
- W końcu mówisz po ludzku. Więc gdzie?
- W Klamath. Nie wiem gdzie to jest. Idź już.
Wyszedłem bardzo zdziwiony. Cały czas było to tak blisko. Moje rozmyślania rozwiał wódz przed namiotem.
- Słyszałem jak krzyczysz na szamana. Nie chcemy takich tu.
- Ale ja...
- Wynocha!
- Gdzie ja będę spać?
- Dobra możesz dziś się przespać. Jutro, gdy się obudzę ma ciebie tu nie być.
- Dobra.
Na drugi dzień ruszyłem na północ z nowym nieznanym mi uczuciem chwilowego braku czucia w jednej ręce. Nikt mnie nie żegnał. Przestałem już liczyć dni i godziny. Nie wiem, kiedy doszedłem do dziwnej mieściny. Żyli w niej ludzie, ghule i super mutanty. W ZGODZIE!! Poszedłem do baru. Barman był ghulem. Zagadałem do niego.
- Te daj mi nuka colę.
- Już podaję.
- Dzięki.
Chciałem usiąść, lecz ghul powiedział.
- Te a kto mi zapłaci?
- Ale ja nie mam nic wartościowego.
- A co masz w tym woreczku?
- Tylko pieniądze.
- To daj mi dwa dolary.
- Aaa zapomniałem. Proszę masz tu dwa dolary więcej.
- To się nazywa napiwek.
- To masz dwa dolary napiwku. Ha Ha Ha- roześmiałem się.
Usiadłem przy wolnym stole. Zacząłem rozmyślać o tej dziurze. Jak to możliwe, że żyją razem. Rozmyślając wypiłem pół butelki. Odezwał się do mnie mutant.
- Hej dzikus.
- Do mnie mówisz?
- Tak. Posiłujemy się?
- Nie dzięki.- Usprawiedliwiłem sobie swój strach raną ręką- Może, kiedy indziej.
- Co?
Mutant wstał i zaczął iść w moim kierunku. Ja nie mogłem wstać, ponieważ gatki zaczęły być ciężkie i śmierdzące. Gdy podszedł do mnie też to poczuł i powiedział.
- Fuj. Gorzej śmierdzisz niż martwy brahmin. Zjeżdżaj z tąd.
- Już wychodzę.
Przechyliłem butelkę i podszedłem do barmana.
- Mógłbym się u ciebie umyć. Dam ci dużo pieniędzy.
- Dobra.
Zaprowadził mnie na zaplecze. Dał mi miskę z wodą i wrócił do pracy. Gdy się umyłem wyszedłem do barmana.
- Dzięki za pomoc. Masz tu dwadzieścia dolarów.
- Nie trzeba.
- No weź, chociaż- Zacząłem szukać czegoś wartościowego w torbie i znalazłem butelkę z pomarańczową nuka colą- tą butelkę.
- Dzięki wpadaj, kiedy chcesz.
Przed wyjściem spojrzałem jeszcze na mutanta. Był już pijany. Gdy wyszedłem moje stopy poprowadziły mnie do sklepu. Kupiłem w nim zapas amunicji, jedzenie i nóż. Podziękowałem sprzedawczyni i miałem zamiar już pożegnać się z tym miastem, lecz zobaczyłem szyld karawany. Postanowiłem tam zajść. Zagadałem do szefa.
- Dobry czy możecie mnie wziąć do karawany.
- Możemy, ale trzysta dwadzieścia dolarów za kurs.
- Forsa nie jest ważna, ale jest ważne, jaki jest kierunek karawany.
- Do Reding, Vault City i do NCR.
- A, które jest najbliżej do Klamath.
- Reding.- Powiedział mi z pełny przekonaniem.
- To ruszę z tą karawaną. Kiedy wyruszamy?
- To będzie chyba jutro.- Spojrzał do notatnika i powiedział.- Jednak za siedem dni.
- Nie można szybciej?
- Nie.
- Mówi się trudno. Mogę teraz zapłacić za kurs?
- Źle mnie zrozumiałeś. To my ci zapłacimy.
- Rozumiem. Dobra to przyjdę za tydzień.
Poszedłem znowu do baru. Lekko zajrzałem do środka. Mutanta już nie było. Zagadałem do już zaprzyjażnionego mi barmana. Rzuciłem na ladę dziesięć dolarów. Jednocześnie mówiąc.
- Cześć. Daj mi nuka colę i trochę informacji.
- Proszę tu pana nuka cola. Co chcesz wiedzieć?
- Mam tydzień wolnego. Może wiesz gdzie można zobaczyć coś ciekawego?
- Niech pomyślę. Dwa dni na zachód jest miasto New Reno. Tam na pewno znajdziesz coś ciekawego.
- Dzięki.
Po wypiciu pożegnałem się i ruszyłem do tej mieściny. Noc przespałem w ruinie jakiegoś budynku. Obudziły mnie wcześnie rano strzały. Gdy spojrzałem t tamtą stronę, ujrzałem dwie walczące ze sobą grupy ludzi. Oddalałem się czując na szyi ostrze kosy Śmierci. Już nie robiłem postojów na sen. Zaszedłem bardzo szybko. Podszedłem do pierwszego napotkanego mi faceta.
- Witam. Czy to jest New Reno?
- Tak. Kupisz Jet. Tanio. Dwieście dolarów za jednego.
- Co to jest ten Jet.
- To coś, czego nigdy nie zapomnisz. Jest to raj na ziemi.- Wyciągnął jednego i położył na dłoń. Po czym podniósł kurtkę leżącą na podłodze.- Dorzucę tę kurtkę za jedyne sto dolarów. Razem trzysta dolarów.
- Dobra masz tu trzy stówy.
- Proszę szanowny kliencie.- Dostałem do rąk coś pozornie niewinnego a podobno zabójczego.
- Jak tego się używa?
- Klient nasz pan.
Sprzedawca pokazał mi jak się używa tego Jeta. Nałożyłem kurtkę i ze strachem wbiłem w skórę igłę.. Czułem radość prawie doskonałą. Po paru minutach "odeszłem w objęcia Morfeusza". Gdy się ocknąłem postanowiłem kupić kolejnego Jeta.
- To było super. Daj jeszcze jednego Jeta.- W tej chwili zauważyłem, że ktoś ukradł mi pieniądze- Gdzie moje pieniądze?!?
- Co nie mamy sałaty?
- Powiedz ile tu leżałem?- Byłem wściekły.
- Dwa dni.
- Aż tyle!! Nawet nie zwiedziłem tego miasta a już muszę się wynosić.
Ruszyłem z powrotem do znanego mi już Broken Hills. W czasie podróży starałem się nie robić postojów, aby jak najszybciej dojść do celu. Gdy zaszedłem pierwsze kroki zaprowadziły mnie do siedziby karawany.
- Witam szefie. Kiedy wyruszamy?
- Fajna kurtka. Jutro o ósmej rano.
- To do jutra.
Przespałem się w kanałach. Zabiłem jednego szczura, którego zaraz potem zjadłem. Palce lizać. Obudziłem się dosyć wcześnie. Od razu powędrowałem do siedziby karawany. Dowiedziałem się, że za każdego zabitego bandytę dostaje się dziesięć dolarów premii. Udało mi się zabić trzech bandytów, Doszliśmy do Reding.
- Masz tu zapłatę.
- Poczekaj chwilę. Gdzie jest Klamath?
- Na północny-zachód.
- Dzięki.
Miałem dosyć podróży. Chciałem już jak najszybciej wrócić do wioski. Nie zwiedzałem Reding. Ruszyłem, co prędzej do Klamath. W czasie podróży nie miałem prawie żadnych przygód. Poza tym, że spotkałem dwa geckony. Widziałem już bramy jakiegoś miasta. Lecz przed nią widziałem grupę bandytów prowadzącą szczep jakiegoś plemienia. Zacząłem strzelać. Plemienie widząc, że chcę im pomóc sami zaczeli walczyć. Ja dostałem kulkę w nogę. Gdy padając na ziemię uderzyłem głową w kamień i straciłem przytomność. Kiedy obudziłem się nic nie pamiętałem. Obudziłem się w jakiejś wiosce. Obok mnie siedział jakiś facet. Odezwałem się do niego.
- Powiedz gdzie jestem?
- Jesteś w mojej wiosce. Nazywam się Chamel, a ty jak się nazywasz?
- Nie wiem.- Z trudnością łączyłem słowa w zdanie.
- A skąd jesteś?
- Nie pamiętam. Nic nie pamiętam
.
- To źle. Uratowałeś nas. Możesz tutaj w nagrodę zamieszkać.
- Dzięki.
Zacząłem rozmyślać o mojej przeszłości, o tym, kim byłem i co tu robię. Mimo, że się starałem nic nie mogłem sobie przypomnieć. Gdy zacząłem czuć się lepiej postanowiłem znaleźć sobie jakąś pracę. Zostałem łowcą geckonów. Łapiąc je czułem coś dziwnego jakbym już kiedyś to robił. Pewnego dnia zdzierając skórę z geckona w namiocie usłyszałem krzyki i strzały. Wybiegłem, czym prędzej przed namiot. Ujrzałem jak grupa ludzi zakuwa moich współplemieńców w kajdany. Mnie także zakuli w je. Doszliśmy do miejscowości o nazwie Den. Wpędzili nas do jakiejś wielkiej klatki. Co pewien czas przychodzili i odchodzili ludzie z klatki. Tak było aż do dnia, w którym przybyła trójka nie znajomych. Zabili oni wszystkich bandytów. Uciekając zatrzymałem się na chwilę, aby ujrzeć mych bohaterów. Jeden z nich miał w nosie kość. Czułem, że go chyba znam. Me rozmyślania przerwał Chamel mówiąc "Biegnij". Zacząłem biec dalej nic nie pamiętając.
Podziękowania dla Sajdona
© 2003
Szymon "Elvis" Zubkiewicz