HISTORIA JEDNEGO ŻYCIA cz.1
Szedłem już trzynaście dni. Mutek z Broken Hills powiedział mi, że muszę iść dwa tygodnie na zachód, aby znaleźć jego dom. Zapłaciłem 100$ za tą informację. Jeśli mnie okłamał, to rozwalę mu łeb. I gówno mnie obchodzi miejscowe prawo.
Rozejrzałem się dookoła. Wszędzie tylko piach i skały. Co za idiota mógłby żyć w takim miejscu, skoro na wybrzeżu są żyzne gleby i wiele wolnego miejsca do zagospodarowania? Oczywiście jest też sporo miejsca w Arroyo, stolicy najpotężniejszego państwa na świecie.
Ruszyłem dalej. W oddali dojrzałem jakieś zabudowania. Może to on? Nagle poczułem, że ziemia ucieka mi spod nóg. O kurwa, ja latam!?
Po twardym lądowaniu błyskawicznie podniosłem się na nogi. Było ciemno, więc sięgnąłem do plecaka po racę. Znajdowałem się w wielkiej pieczarze. Ruszyłem w kierunku małego światełka gdzieś w oddali. Poczułem powiew świeżego powietrza i.... coś jeszcze. Jakiś ostry, niezidentyfikowany zapach. Wyszedłem na zewnątrz. Oślepiło mnie słońce. Usłyszałem tylko huk i straszny syk.
Smród, syk - ja pierdole! To skorpiony! Odruchowo dobyłem broń, którą jak zawsze nosiłem na plecach. Powoli jasne plamy przed oczami znikały, a ja odzyskałem normalną ostrość widzenia. To co zobaczyłem, mocno mnie zaskoczyło. Byłem w czymś, co przypominało zagrodę. Wszędzie dookoła pełno ogromnych skorpionów. Wejście do pieczary było zablokowane przez ogromny głaz. Wtedy zrozumiałem, co się stało i przeraziłem się nie na żarty.
Te skorpiony... Chuje zastawiły na mnie pułapkę. Ale one zmądrzały od czasów wielkiej czystki...
Ruszyłem w stronę jedynego wyjścia. Skorpiony nie robiły nic. Rozluźniłem się trochę. Może jednak nie są tak inteligentne jak myślałem?
Dochodziłem już do wyjścia, gdy jeden z robali pomknął wprost na mnie. Seria z karabinu szturmowego rozpłatała go na dwie części. Znowu rozległ się głośny syk. Odwróciłem się akurat w momencie, gdy drugi skorpion był o jakieś dwa metry ode mnie. Spotkał go podobny los. Sytuacja powtórzyła się jeszcze parokrotnie. Po chwili skorpiony ucichły. Mam nadzieję, że to już koniec. Kurwa! Amunicja!! Pośpiesznie sprawdziłem magazynek. Jeszcze 10 serii i koniec. Co za idiota ze mnie, żeby nie zabrać zapasu amunicji czy choćby drugiej broni!
Znowu rozległ się syk. Tym razem na placu boju pojawiły się cztery skorpiony. Ruszyły na mnie równocześnie. Pierwszego załatwiłem. Następnego zraniłem, ale zdążył jeszcze mnie ukąsić. Dobiłem go kolbą. Zobaczyłem trzeciego i.... Kurwa gdzie jest ten trzeci... i czwarty?
Syk ucichł. Skorpiony stały jak skamieniałe. Czekały, czekały, czekały... Stałem po środku placu w palącym słońcu pustyni. Pot lał się ze mnie litrami. Broń coraz bardziej mi ciążyła. Rana na dłoni paliła mnie żywym ogniem. Zaczęło mi ciemnieć przed oczami. Ledwo trzymałem się na nogach.
Trucizna. Czekają, aż wykituję. Rusz się idioto, bo będziesz potrawką w trującym sosie!
Z trudem ruszyłem strzelając na oślep. Potknąłem się. Leżąc na ziemi zobaczyłem jak zmutowane skorupiaki kolejno ruszają w moją stronę. Czułem jak mnie gryzą i drapią. Podniosłem o kilka centymetrów głowę. Na moich oczach najbliżej stojący skorpion eksplodował! Pewnie patr... ...interwe...
Nastała cisza.
Otworzyłem lewe oko. Potem prawe. Światło. Umarłem? Nie... Blask, słońce.. ból... światło, nie żarówka.. aaa.. pustynia... żarówka... skorpiony... Kurwa żarówka??? Poruszyłem głową. A więc żyję... Poruszyłem prawą ręką. Ból przebiegł po całym moim ciele.
- Nie ruszaj się bo będzie bardziej boleć - usłyszałem zachrypły głos.
Podniosłem głowę i rozejrzałem się. Leżałem na stole w białym pomieszczeniu. Wszędzie było czysto. Nie było żadnych okien. Pod ścianą znajdowała się jakaś skomplikowana aparatura. Koło drzwi stała szafka z kolorowymi buteleczkami i książkami. Oprócz tego w pomieszczeniu nie było nic. Nade mną stał podstarzały facet i robił coś przy czyjejś nodze... Zaraz! To moja noga!
- Kurwa! Dziadku, co ty wyprawiasz? - zapytałem.
Poruszyłem się zbyt gwałtownie, gdyż w głowie mi zaszumiało, a przed oczami pojawiły się kolorowe plamy.
- Zszywam ci nogę. Nie ruszaj się. To nie wskazane w twoim stanie.
- Moim stanie?
- Jesteś ciężko ranny. Masz około dziesięciu poważnych ran. Nie licząc już tych zadrapań od ogonów skorpionów. Przy tej ilości jadu we krwi nie żył byś już od dwóch dni. Podałem ci antidotum, ale i tak przez jakiś czas będziesz czuł skutki działania trucizny. Miałeś dużo szczęścia, że akurat tamtędy przejeżdżałem. Te skorpiony zrobiły się zbyt niebezpieczne, by walczyć z nimi w pojedynkę. Zwłaszcza gdy ma się do dyspozycji tylko karabin szturmowy i nosi skórzaną kurtkę - popatrzył na mnie z irytacją.
- Tak, wiem. Ale bardzo mi się spieszyło. Poza tym...
- Ciekawe gdzie młodzieńcze. Chyba na tamten świat! Tu nic nie ma. Nawet ruiny Kryptopolis zostały dokładnie wyczyszczone przez złodziei.
Mężczyzna spojrzał na mnie. Jego błękitne oczy przeszyły mnie świdrującym spojrzeniem. Poklepał moja owiniętą w bandaż nogę.
- Dobra, skończyłem - powiedział - to już wszystkie opatrunki.
- Dzięki. A tak właśnie to gdzie jestem? I kim ty jesteś?
- Na razie jesteś zbyt słaby by cokolwiek zrobić. Nie będę cię męczył rozmową.
- Ale... eeee... - poczułem tylko ukłucie w szyję i momentalnie wszystko pociemniało.
Obudziłem się następnego dnia. Tak sądzę, gdyż przez małe okno wpadało światło. Czułem się znacznie lepiej. Ból w nodze znacznie zmalał, a zawroty głowy ustąpił zupełnie. Napiąłem wszystkie mięśnie, aby sprawdzić ich formę.
O kurwa, ale boli. Zaryzykowałem i wstałem. Z trudem utrzymałem się na nogach. Sprawdziłem opatrunki. Były bardzo fachowo założone. Lekarz w szpitalu w Arroyo nie zrobili tego lepiej. Pokój, w którym spałem był mały. Tylko łóżko i regał, na którym leżały moje rzeczy. Pośpiesznie je przejrzałem. Wyglądało na to, że wszystko było na miejscu. Oprócz ubrania. Pewnie dziadek je zabrał, w sumie niewiele z niego zostało. Ale co ja włożę na siebie? Wtedy przeniosłem wzrok na drzwi. Na wieszaku wisiał niebieski kombinezon. Zupełnie tak jak miał wybraniec. Hmmm... Ciekawe czy...
Pasował jak ulał. Spojrzałem za okno. Zdumiałem się, gdy zamiast pustynnego krajobrazu ujrzałem zielone rośliny i brahminy pasące się w zagrodzie. Jak ktoś mógłby tu coś wyhodować? Bez wody i pomocy innych ludzi? No chyba że miał G.E.C.K. Ale wszystkie już dawno zostały wykorzystane...
Przez jakiś czas stałem i przyglądałem się wszystkiemu. Poszedłem w stronę drzwi. Kuśtykając wszedłem do następnego pomieszczenia. Okazało się ono jadalnią, salonem i kuchnią zarazem. Pokój był przestronny i dobrze oświetlony. Znajdowało się tam kilka okien i trzy pary drzwi. Jedne szczególnie przykuły moja uwagę. Były metalowe i miały zamek na kartę magnetyczną.
Przy stole ustawionym w centralnym punkcie pokoju siedział znajomy staruszek i jadł jakąś papkę.
- Dzień dobry - odezwał się ujrzawszy mnie - Siadaj, zaraz podam ci coś do jedzenia i picia.
Usiadłem na drewnianym krześle. Było całkiem wygodne. Starzec przez chwilę krzątał się przy czymś co wyglądało na piec, po czym podał mi miskę parującej papki identycznej do tej, jaką jadł on sam. Pośpiesznie usiadł i zaczął jeść stygnący już posiłek. Miał ostre rysy twarzy, srebrne włosy i szerokie barki. Ramiona zaorane prze niezliczone blizny.
- Kim jesteś? - spytałem, by przerwać ciszę.
- Farmerem.
- Nie wyglądasz na farmera.
Starzec popatrzył na mnie. Poczułem na sobie chłód jego spojrzenia.
- A ty nie wyglądasz na doświadczonego podróżnika - odpowiedział monotonnym i wypranym z emocji głosem.
Znowu nastała chwila niezręcznego milczenia.
- Więc? - powiedział przerywając milczenie - Kim jesteś?
- Jestem Jack. Pracuję jako wolny strzelec.
- Hmm... wolny strzelec tak? Hmm... co robisz tak daleko od miast? Przecież to tam jest najwięcej pracy w twojej profesji.
Oparłem się wygodniej na krześle i rozluźniłem mięśnie. Jeśli jest miejscowy, to może mi pomóc. A nawet gdyby miał jakieś obiekcje, to raczej nie będę miał z nim problemu. Tylko muszę dostać się do broni... Hmm... ile amunicji mi zostało? Zresztą, po co mi broń na tego dziadygę? Spojrzałem na mojego wybawcę. Ciągle się we mnie wpatrywał. I czekał.
- Zostałem wynajęty do pewnego zadania - odwróciłem wzrok w stronę okna - Muszę kogoś odszukać. Podobno mieszka w tej okolicy. Dużo masz sąsiadów?
Przeniosłem wzrok na twarz mego rozmówcy. Niespodziewanie starzec cisnął we mnie miską z papką i błyskawicznie wskoczył na stół, w międzyczasie wyjmując broń. Kopnął mnie prosto w twarz. Przeleciałem przez całą długość pokoju, nim wylądowałem na ziemi. Starzec stał tuż obok. Nim zdążyłem się ruszyć, otrzymałem potężny cios łokciem w splot słoneczny. Pociemniało mi przed oczami i straciłem oddech...
Pierwsze co zobaczyłem, to błyszczącą lufę Desert Eagle wycelowaną w moje prawe oko. Starzec klęczał na mojej klatce piersiowej uniemożliwiając mi wykonanie jakiegokolwiek ruchu. Jego twarz wyglądała jak wyryta z kamienia.
- Kto zlecił ci odszukanie mnie? - powiedział wolno i wyraźnie - Masz dziesięć sekund.
- Chwilę... nie wiem o co ci chodzi!! Ja pierdole. Przecież nic ci nie zrobiłem!!
- Osiem - jego niebieskie oczy przypominały kryształki lodu.
Poczułem, jak pot spływa mi po twarzy. Ale ja mam kurwa pecha. Trzeba było zostać lekarzem, tak jak mówił tata. Ale nie.. ja ...
- Siedem.
- Nie!! Zaczekaj... już, wynajął mnie główny historyk z Arroyo. Podobno z polecenia samego Dziecka Przeznaczenia.
- Mów dalej.
- Zapłacił mi zaliczkę... resztę mam dostać po wykonaniu zadania... mam znaleźć... łowcę nagród, nazywa się...
- Jax, to wiem, tylko po co?
- Mam sporządzić zapis jego życia. Historycy twierdzą, że miał on wielki wkład w zniszczenie Vault City oraz oczyszczanie pustkowi...
Na twarzy starca odmalowało się zdziwienie.
- Mój życiorys?? A myślałem, że nic w życiu mnie nie zaskoczy - przyglądał mi się jeszcze przez chwilę, po czym schował broń i podniósł się. Wyciągnął do mnie dłoń. Z trudem podniosłem się na nogi.
- Wziąłem cię za zabójcę - głośno się roześmiał - W sumie jak taka pierdoła mogłaby być zabójcą? Czy zbytnio cię nie uszkodziłem? - powiedział po czym odwrócił się i poszedł w stronę drzwi.
- Nie, no może tylko troszeczkę - odparłem, ale raczej do siebie gdyż staruszek już wyszedł.
Podążyłem za nim. Minąłem małą sień i kolejne drzwi. Znalazłem się na werandzie. Mężczyzna stał i wpatrywał się w dal.
- Jax. Wiesz że mówili na mnie nieśmiertelny? Hmm... już od wielu lat nie słyszałem tego imienia. Jak zamierzasz to spisać? Masz Pip Boya?
- Tak.
- To skocz po niego. Ja przyniosę kilka piw i coś do jedzenia. Ta opowieść trochę potrwa.
Tak naprawdę nazywam się Jeremi Abraham Xelmondi. Urodziłem się na pustyni gdzieś między RNK a New Reno. Był to rok 2219. Mój ojciec był kupcem. Transportował wodę z wybrzeża do miast leżących dalej od lądu. Ojciec był inny od ludzi z jakimi miałem styczność. Byłem do niego bardzo podobny. Wysoki blondyn o niebieskich oczach. Matka mi mówiła, że ojciec pochodzi z Krypty. Moja siostra również miała błękitne oczy i złote włosy. Matka była brunetką i najpiękniejszą tancerką z New Reno. Właśnie tam znajdował się nasz dom. Ojciec miał sporo kontaktów w tamtejszym przestępnym półświatku. Przyjaźnił się z seniorem Salvatore, któremu uratował kiedyś życie. Był on ojcem chrzestnym mojej siostry. Interesy szły bardzo dobrze. Szybko się bogaciliśmy. Zatrudnialiśmy coraz więcej ludzi. Dzięki ochronie jaką roztoczyła nad nasza organizacją rodzina, nikt w okolicy New Reno nie śmiał atakować naszych karawan. Gdy miałem jedenaście lat, byliśmy trzecią najbogatszą rodzina w mieście tuż po Bishopach i Wrightach. Wtedy zaczęły się kłopoty. W NCR pojawił się pewien cwaniaczek. Nazywał się Westin. Dogadał się z triadą Wrightów. Postanowili przejąć interes ojca i sprawiedliwie się nim podzielić. Wrightowie mieli zgarniać wpływy z New Reno, a Westin miał "zaopiekować" się firmą w RNK. W tym celu skontaktowali się z południowymi Bandytami. Zaczęli gromadzić broń i ludzi. W końcu zaatakowali na jedną z naszych karawan. Pech chciał, że była to karawana kwartalna. Przewoziła cały utarg z czterech ostatnich miesięcy. Moja matka i siostra nadzorowały przewóz. Głupi najemnicy nie wiedząc, z kim mają do czynienia porwali je i zawlekli do swej siedziby. Gdy senior Salvatore dowiedział się o tym, wpadł w szał. Zebrał dwa tuziny swoich ludzi i mimo swego sędziwego wieku ruszył z odsieczą. Mój ojciec także zebrał wszystkich pracowników i ruszył wraz z nim. Nie pozwolił mi iść z powodu zbyt młodego wieku. Nie posłuchałem go. Był to ostatni dzień mojego dzieciństwa.
Bandyci założyli swój obóz jakieś 4 kilometrów na Południe od New Reno. Rozstawili namioty w dolinie, a u jej ujścia był rząd umocnień. Podobno został wzniesiony jeszcze przed wojną. Oprócz sześćdziesiątki bandytów i ich rodzin w ich bazie znajdowało się około sześćdziesięciu pracowników Wrightów. Byli również sami szefowie, młodsi bracia Jimmi i Dany. Najstarszy z trójki braci został w New Reno. To przesunęło moment jego śmierci o 17 lat. Westin nie chciał brudzić sobie rąk. Chciał mieć opinię świętoszka. Właściwie o jego udziale w całej sprawie dowiedziałem się dużo później. Ojciec i Salvatore nie znali liczby wrogów. Nie przeprowadzili zwiadu. To był ich błąd. Zaślepieni złością przypuścili frontalny atak. Leżałem na skarpie i obserwowałem wszystko przez lunetę, którą odczepiłem od karabinu snajperskiego mego ojca.
Efekt zaskoczenia pozwolił wypchnąć bandytów z frontowej części obozu, gdzie znajdowały się systemy obronne i umocnienia. Szybko jednak zorientowali się, że mają sporą przewagę liczebną i ogniową. Ludzie Salvatore mieli co prawda osławione pistolety laserowe, lecz nie była to dobra broń do masowej walki. Przeciwnicy w większości posiadali karabiny szturmowe i strzelby bojowe. Było też kilka ciężkich działek. Mogli więc prowadzić ogień ciągły, podczas gdy atakujący strzelali rzadziej, lecz celniej.
Keyle 'Rzeźnik' Monrow - herszt bandy, był dobrym wojownikiem. Nakazał ludziom okrążyć oddział ukrywający się na linii umocnień, odciąć im drogę ucieczki i ostrzeliwać czekając na koniec amunicji. Ojciec zrozumiał jak wielki błąd popełnił. Jednak było już za późno. Wzięci w krzyżowy ogień wierni żołnierze oraz przyjaciele ginęli szybko. Powiada się, że gdy nie ma już odwrotu, należy przeć dalej. Tak też uczynili. Zaczęli powoli przedzierać się w stronę zagrody, która służyła za więzienie. Szukając osłony wpadli do budynku dowodzenia, który leżał w centrum obozu. Nie wiem co wydarzyło się wewnątrz. W pewnym momencie nastąpiła eksplozja. Salvatore wyleciał przez drzwi. Jeszcze się palił. Ktoś zaczął go gasić. Przez drugie drzwi wybiegli Wrightowie. Ojciec pognał za Jimmim. Przestrzelenie kolana uciekającego człowieka nie było żadnym wyczynem. Średni z braci leżał na ziemi skomląc z bólu. Ojciec podszedł do niego i kucnął. Wtedy po jego plecach przeszła krótka seria z broni automatycznej. To był Monrow. Wykorzystał chwilę nieuwagi ojca. Piękny Desert Eagle ręcznie rzeźbioną rękojeścią upadł na ziemie. Wtedy zrozumiałem, że to już koniec. Ojciec osunął się na ziemię. Rzeźnik krzyknął na Danego, po czym podszedł do leżącego na ziemi mężczyzny. Najmłodszy Wright przyprowadził moją matkę i siostrę. Trzymał je na muszce swojego Bozara. Zaczął coś wrzeszczeć. Bitwa powoli się kończyła. Atak okazał się klęską. Połowa ludzi już nie żyła, a reszta nie nadawała się do walki. Monrow mówił coś ojcu. Nagle Keyle odskoczył do tyłu trzymając się za twarz. Bozar wypluł setkę naboi. Moja mama i siostra miały pech stać na linii ognia. Matkę rozerwało na setki kawałeczków. Siostrze, która próbowała uskoczyć oderwało prawy bark wraz z ramieniem. Żyła wystarczająco długo by doczekać się drugiej serii. Z pancerza ojca nie zostało prawie nic. Wyglądał jakby spadł z dwudziestego piętra. Keyle miał krwawą szramę od klatki piersiowej przez policzek, tuż obok oka aż po czubek głowy. Rozwścieczony i zakrwawiony podszedł do zwłok i zaczął je kopać. Przy bramie trwała egzekucja tych, którzy się poddali. Głupcy, powinni wiedzieć, że lepiej uciekać niż się poddawać. Leżałem tak na skarpie. Nie czułem żalu ani smutku, tylko chłód i pragnienie zemsty. Wiedziałem, że muszę pomścić rodzinę. Nie wiedziałem tylko jak...
Usłyszałem dziwny dźwięk. Był podobny do tego wydawanego przez modliszki podczas lotu, tylko głośniejszy. Na niebie ujrzałem latające maszyny. Nigdy ich nie widziałem, ale stary wiele mi o nich opowiadał, nazywał je Lataczami. Przyleciały trzy. Dwa wylądowały zaraz za linią umocnień. Wysypali się z nich ludzie ubrani w metalowe pancerze całkowicie zakrywające ciało. Byli doskonale uzbrojeni. Dwa oddziały po pięć osób. Łącznie miały większą siłę ognia niż wszyscy bandyci. Trzeci latacz nie wylądował. Był trochę inny - lepiej uzbrojony. Posiadał dwa ciężkie działka przyczepione po bokach, oraz jedno działko plazmowe pod kabiną pilota. Właściwie nie było żadnej walki, tyko systematyczna i dobrze zorganizowana eksterminacja bandy najemników. Nowi wojownicy szybko penetrowali obóz, zbliżając się do miejsca gdzie stał młody Wright wraz z kilkoma ludźmi. Głowa Danego eksplodowała zanim jego ciało wylądowało na i ziemi zostało rozerwane na strzępy. Człowiek, który opatrywał ranę Jimmiego przeleciał dziesięć metrów z dymiącą dziurą wielkości głowy w brzuchu. Monrow zniknął mi z pola widzenia zaraz po tym, jak pojawiły się latacze. Potem zobaczyłem, jak wraz z grupą ludzi ucieka jakimś rozklekotanym pojazdem. W pościg ruszył latający pojazd. W oddali zobaczyłem tylko błysk. Bitwa dobiegła końca.
Powoli ruszyłem na dół. W stronę obozu. Pancerni przeczesywali obóz. Zabijali wszystkich oprócz dzieci. Nikt powyżej piętnastego roku życia nie przeżył. Dzieci zagonili do zagrody. Ciało ojca i Salvatore włożyli do latacza. Jimmiego związano i brutalnie wrzucono do ładowni drugiej z maszyn. Gdy doszedłem do obozu został już tylko jeden oddział. Dwóch mężczyzn stało przy zagrodzie rozmawiając, a reszta zbierała broń i amunicję. Podszedłem do tych rozmawiających. Skradałem się po cichu od tyłu. Zatrzymałem się jakiś metr za nimi i wsłuchałem się w rozmowę.
- ...idioci, atakowali bez planu - powiedział jeden z nich.
- Stary miał sporo szczęścia, przy takich poparzeniach bez naszej pomocy dawno by umarł.
- Musi być kimś naprawdę ważnym. Wysłali nas błyskawicznie. Przynajmniej cos się dzieje.
- A ten drugi facet, no ten od wody. Co z nim?
- Nie żyje. Nic z niego nie zostało. Szkoda tylko tej laski co była jego żoną.
- Pewnie też bym sobie poużywał. Mam nadzieję, że dostanę przydział do kolejnego transportu do New Reno...
- Stój - niespodziewanie usłyszałem głos za plecami. Powoli się odwróciłem. Jedyne co ujrzałem, to zbliżająca się kolba pistoletu. Potem nastała ciemność.
Obudziłem się. Znajdowałem się w jakiejś klatce. Prócz mnie było jeszcze kilkanaścioro dzieci. Wszystkie były brudne. Najmłodsze ciągle ryczały. Rozejrzałem się. Klatka była postawiona w jakimś sporym pomieszczeniu. Nie mogłem dostrzec więcej szczegółów bo było dosyć ciemno. Jedyne światło wpadało przez kwadratową dziurę w suficie. Wszystko się trzęsło. Z przodu docierał do mnie potworny hałas. Nie wiedziałem co się dzieje. Siedziałem więc pod ścianą z głową między kolanami. Po pewnym czasie usłyszałem głos. Piękny głos.
- Jesteś inny - podniosłem głowę i zobaczyłem że przyglądają mi się wielkie niebieskie oczy.
- Nie widziałam cię nigdy w obozie. Kim jesteś? - miała długie złote włosy. Był ubrana jak reszta dzieci, w łachmany.- Słyszysz mnie?
- Co? Tak.
- Więc? - usiadła obok mnie i patrzyła na mnie wyczekująco.
- No... Więc... Hmm... jak by tu... - postanowiłem walnąć prosto z mostu. I tak nic gorszego nie mogło mi się stać. - Jestem synem człowieka który was zaatakował - zniżyłem głos - To przez niego zginęli ci wszyscy ludzie w obozie...
Patrzyłem w jej oczy szukając objawów gniewu. Zdziwiłem się, gdy ich nie ujrzałem.
- Nie jesteś zła? - zapytałem o chwili.
- Niby z jakiego powodu? A... myślisz że jestem jedną z nich? - wskazała pogardliwie na resztę dzieciaków - Nie, nie jestem. Pochodzę z RNK. U bandytów byłam więźniem. Tak jak twoja rodzina - spojrzała na mnie - o wybacz nie chciałam... Bandyci zabili i moją rodzinę. Dobrze że nie żyją - miała rację.
- Jestem Nancy, a ty?
- Jax.
Rozmawialiśmy jeszcze przez długi czas...
Po jakimś czasie drgania i hałas ustały. Nie wiem ile dni minęło. Nie chciało mi się liczyć. Na końcu pomieszczenia otworzyły się drzwi. Wpadło przez nie ostre światło poranka. Do środka weszło trzech ludzi. Wszyscy ubrani w metalowe pancerze. Jeden z nich podszedł do klatki. Wsadził kartę magnetyczną w czytnik i drzwi klatki stanęły otworem.
- No dobra wypierdalać! - wszyscy patrzyliśmy na niego ze strachem w oczach - Idźcie w stronę drzwi ale już! - jego głos dudnił w małym pomieszczeniu.
Powoli zaczęliśmy się podnosić i wychodzić. Na dworze okazało się, że byliśmy w wielkim pudle na kołach.
- Sierżancie ustawcie ich w szeregu! - powiedział to facet w pancerzu wspomaganym.
Różnił się on od pozostałych. Nie miał hełmu, był stary, jego włosy miały siwy kolor a twarz pomarszczona jak dupa gekona. Żołnierz powoli wykonał jego rozkaz. Nancy stała obok mnie. Trzymaliśmy się za ręce by dodać sobie otuchy. Z namiotu stojącego w oddali wyszedł facet w białym kitlu. Podszedł do dowódcy, którym był ten dziadek. Chwilę rozmawiali po czym ruszyli w naszą stronę. Podeszli do pierwszego dzieciaka. Chwilę mu się przyglądali.
- Może być - powiedział doktorek.
- Tak, nada się - powiedział dziadek.
Przeszli do następnego. Po kolei wyrażali swoje zdanie na temat wszystkich dzieciaków. Przeczucie mówiło mi, że lepiej zostać zaakceptowanym. Piątka dzieciaków już odpadła. Jeden z żołnierzy odprowadził je na bok. Przyszła moja kolej.
- Hmm... nieźle zadbany. Czysty rasowo. To pewnie więzień - doktorek mnie zaakceptował. Stary patrzył się na mnie.
- OK - odczułem ogromną ulgę. Doszli do Nancy.
Ręka Nancy zacisnęła się mocniej.
- Poczekaj nie lubię marnować ładnego życia bez sensu - nachylił się nad nią - Powiedz mi dziewczynko, masz jakieś uzdolnienia?
Doktorek stał ze zniecierpliwioną miną.
- Umiem dobrze strzelać. Tata mnie nauczył.
- Czy możemy... - doktorek wyraźnie miał ochotę szybko uwinąć się z robotą.
Widać nie lubił doktorka.
- Zaraz się przekonamy czy dobrze to zrobił. Jackson podaj mi pistolet.
Żołnierz stojący za mną błyskawicznie dobył broni.
- Proszę sir - jego głos był zniekształcony przez maskę pancerza.
Dowódca wyjął wszystkie naboje oprócz jednego. Rozejrzał się wokoło po czym podał go Nancy.
- Traf w głowę tamtego człowieka przy drzewie w pancerzu wspomaganym, a będziesz żyła.
Nie było to proste zadanie. Facet stał dosyć daleko. Jakieś trzysta metrów. Nancy wzięła broń. Przymierzyła. Strzeliła. Facet się przewrócił. Po czym zaraz się poderwał. Rozejrzał się w około.
- Jackson! Idź daj mu nocną zmianę i obetnij wolne za spanie na służbie.
Odwrócił się do Nancy. Wziął od niej pistolet.
- A ty, młoda damo, masz wielkie zdolności - zwrócił się w stronę doktorka - Widzisz pajacu. Gdybym się tak spieszył jak ty przegapiłbym jednego z naj...
Już go nie słuchałem. Spojrzałem na Nancy. Była uśmiechnięta. Inspekcja Szybko dobiegła końca. W sumie zaliczyło ją szesnaście osobników płci męskiej i Nancy.
- Idźcie do tamtego namiotu. Tam was nakarmią i porządnie ubiorą.
Ruszyliśmy gęsiego. W połowie drogi usłyszeliśmy krótką serię z karabinu. Odwróciłem się. Na placu leżała grupka martwych dzieci...
Posiłek to było jakieś gówno podobne do papki. Ubrania były nowe. Zielone i bezpłciowe. Ponownie ustawiono nas w szeregu. W tym samym miejscu. Po rzezi została tylko plama krwi na piasku. W oddali ludzie zaczęli krzątać się i składać namioty. Stary człowiek stał przed nami. W ręce trzymał hełm. Tuż za nim dwóch ludzi uzbrojonych w karabiny plazmowe czujnie rozglądało się na boki. Przemówił głośno.
- Od dziś nie jesteście już ścierwem pustyni! Od dziś wasze życie zmieni się diametralnie. Od was zależy czy na lepsze czy na gorsze. Od dziś jesteście rekrutami w armii. Musicie więc przestrzegać pewnych zasad. Pierwsza z nich, i zarazem najważniejsza to słuchać rozkazów przełożonych. Zrozumiano? - wszyscy przytaknęli - Więc pamiętajcie o tym!!!
Po chwili na placu wylądował latacz.
- Do maszyny marsz!!!
Ruszyłem przed siebie wciąż trzymając rękę Nancy. Nie oglądałem się za siebie...
© Jan Szpakowski - wrzesień 2002