< POSTKULTURA | << FILMY

Johnny poszedł na wojnę (Johnny Got His Gun)

Johnny poszedł na wojnę (Johnny Got His Gun)
Produkcja: USA 1971
Reżyseria: Dalton Trumbo
Scenariusz: Dalton Trumbo
Obsada: Timothy Bottoms, Donald Sutherland, Jason Robards
Czas: 111 min.

Zanim zacznę omawiać film "Johnny poszedł na wojnę", skrobnę parę słów o jego twórcy - Daltonie Trumbo. Przeciętnemu zjadaczowi filmowego chleba, jego nazwisko nic nie powie, lub tez tylko mogło się obić o uszy. Smakoszom i to zarówno kina, ale też zimnowojennych klimatów, czy wreszcie muzyki, nazwisko tego filmowca da wiele informacji.

Dalton Trumbo był scenarzystą filmowym, a karierę rozpoczął w latach trzydziestych ubiegłego wieku. Cieniem na jej rozwoju położyły się wydarzenia związane z antykomunistyczną histerią w Stanach Zjednoczonych, która wybuchła pod koniec lat czterdziestych ubiegłego wieku. Samo podejrzenie, że ma się sympatie prokomunistyczne wystarczyły by być już uznanym za komunistę i agenta stalinowskiego ZSRR.

Całe te polityczne bagno oraz pogrywania "małych i zakompleksionych ludzi o krzywych paluszkach i nóżkach" musiało trafić także do środowiska filmowego. W 1947 roku Dalton Trumbo odmówił udzielenia odpowiedzi na pytanie o swoje sympatie / antypatie komunistyczne, co spowodowało wydanie zakazu pracy w przemyśle filmowym. W 1950 roku trafił na 11 miesięcy do więzienia, zaś po wyjściu z niego udał się na emigrację do Meksyku. Mimo to nadal pisał scenariusze, choć w filmach pojawiały się one podpisane różnymi pseudonimami. Zdjęcie z "czarnej listy" nastąpiło na początku lat sześćdziesiątych, a nazwisko Daltona Trumbo pojawiło się w takich produkcjach jak choćby słynny "Spartakus" Stanleya Kubricka.

W 1971 Dalton Trumbo nakręcił swój jedyny film - "Johnny poszedł na wojnę" (Johnny Got His Gun), oparty na własnej antywojennej powieści pod tym samym tytułem. Trumbo napisał je w 1939 roku, zainspirowany artykułem o potwornie oszpeconym żołnierzu podczas I Wojny Światowej.

Owszem - 1971 rok - to schyłkowy okres wojny wietnamskiej, to także bankructwo antywojennego hipisowskiego ruchu, który stoczył się w narkotykowe odmęty. Taki film - w samej swojej tematyce nie miał szans na sukces. A gdy jeszcze zacznie się rozpatrywać jego oprawę? Ale cóż - Trumbo czuł co czuł i jako twórca musiał to wyrazić. Zaś widzowie dostali wstrząsający w swojej wymowie obraz, który w sumie można uznać za oskarżenie wszystkich przywar i złych stron naszego człowieczeństwa.

Film składa się z równoległe biegnących dwóch obrazów. Pierwszy to czarno - biała teraźniejszość wojskowego szpitala do jakiego trafił główny bohater - Joe Bonham, drugi to kolorowe, czasem prześwietlone wspomnienia, wizje, wreszcie narastające szaleństwo tegoż - dziejące się w jego umyśle.

Co takiego okrutnego stało się z głównym bohaterem. Jak każdy młody człowiek (co poznajemy w jego wspomnieniach - prawdziwych czy zmienionych przez umysł??) ma on swoje dylematy związane z dorastaniem, pierwszą miłością. I jak każdy idealista postanawia na ochotnika zaciągnąć się do amerykańskiej armii, która rusza na europejski front. Tam spotyka wszędobylski brud okopów, obojętność na cierpienie jakie może tylko wywołać wojna. Wreszcie podczas nocnej wyprawy na wroga, zostaje ranny w wybuchu pocisku.

I tu zaczyna się prawdziwy koszmar, gdy wybuch pozbawia Joe'go wszystkich kończyn oraz sporej części twarzy - w tym oczu, nosa, jamy ustnej czy uszu. Uznany przez wojskowych lekarzy za bezrozumne warzywo, zostaje przeznaczony jako obiekt badań i obserwacji, nad tak "ciekawymi z medycznego punktu widzenia" przypadkami. Tymczasem Joe nadal potrafi odbierać zewnętrzne bodźce, wyczuwa zmiany pór dnia, ciepło słonecznego światła - słowem jest nadal w pełni rozumu i świadomości młodym człowiekiem.

Jednak z czasem Joe zaczyna sobie uświadamiać swoje "położenie" a jego wytłumaczenia szuka w swoim umyśle - najpierw we wspomnieniach: rozmów z ojcem, ostatnich chwil spędzonych z dziewczyną, czasu spędzonego na froncie. Z czasem wspomnienia ustępują wytworom własnego umysłu: chęć by właśni rodzic zabrali go ze sobą i pokazywali w obwoźnym przedstawieniu jako wybryk natury, czy rozmowa z Jezusem. Jednak nawet i on nie może pomoc Johnny'emu i zabrać go ze sobą do nieba - gdyż taki przypadek jak jego tam się nie kwalifikuje.

Jedyną szansą stają się "komunikaty" alfabetem Morsa jakie Joe nadaje swoją głową. Kiedy w końcu zostają one zrozumiane oraz udaje się nawiązać z nim kontakt (poprzez wystukiwanie odpowiedzi palcem w jego klatkę piersiową), główny bohater filmu ma już tylko jedno życzenie - prosi by go zabić...

Film nie jest wymyśloną bajką o fantastycznych wizjach postapokalipsy. Nie ma w nim dylematów w stylu "irańskiej pasterki wzdychającej do lokalnego rzeźnika". Jest zimny, brudny, ciężki w odbiorze - początkowa historia via I Wojna Światowa, zamienia się w studium szaleństwa, którym wyciszeniem jest ciemny pokój w jakim zostaje zamknięty bohater, cały czas nadający Morsem prośbę o skrócenie jego cierpień i zakończenie jego żywota.

Czy można coś jeszcze tutaj napisać? Zwłaszcza gdy cały czas natrafiamy na różnych "mędrców", którzy lepiej od nas wiedzą co mamy jeść, jak żyć, co rodzić, na co wydawać pieniądze?

Dalton Trumbo chyba celowo nakręcił taki wręcz "nie do lubienia" film - tu nie ma żadnego lizidupstwa w stronę widzów, ani klimatów rodem bajkowego Hollywood. Jest okrutne życie.

-----

PS.
Film całkowicie przepadł w kinach, być może dlatego, że odnosił się do wydarzeń z I Wojny Światowej, która dla współczesnych - mających krótką pamięć - Amerykanów była istną fantastyką. Przypadek, zbieg okoliczności sprawił, że obraz został unieśmiertelniony poprzez zsyntezowanie go z kulturą masową, jakiej przedstawicielem jest heavy metal.

Otóż James Hetfield z zespołu Metallica już podczas prac nad albumem "Master of Puppets" wpadł na pomysł utworu o osobie, która jest podobna do bohatera filmu "Johnny poszedł na wojnę".

Lars Ulrich wspomina:

James wyszedł z pomysłem dotyczącym sytuacji, w której człowiek jest tylko żyjącą świadomością, kadłubkiem... Gdy nie można się komunikować z nikim z otoczenia. Nie masz rąk, nóg, nie widzisz, nie możesz mówić o tym podobne. Mieliśmy więc ten pomysł wcześniej ale go nie rozwinęlismy.

Pomysł zmaterializował się na płycie "...And Justice For All" >>>KLIK LINK<<< , pod postacią utworu One. Skąd taki tytuł?

Być może już podczas prac nad utworem, bo wcześniej to raczej nie - zespół dostał od swojego menadżera książkę Daltona Trumbo, a tam są słowa:

Gdybym przeczytał w gazecie o kimś takim jak ja, nie uwierzyłbym. Ale milion do jednego zawsze zawiera jeden. Nie spodziewałem się, że coś takiego mi się przydarzy, bo szanse są jak milion do jednego. Ale milion do jednego zawsze zawiera jeden. Jeden.

Co było dalej to już dobrze wiemy - Metallica nakręciła do tegoż utworu swój pierwszy teledysk, a w niego - po uzyskaniu odpowiednich praw - wmontowała fragmenty filmu "Johnny poszedł na wojnę". Powstał ascetyczny, oszczędny w swoim wyrazie obraz przedstawiający zespół grający podczas próby. Dla wszystkich przyzwyczajonych do metalowej sztampy (wielka scena, tysiące świateł i inne tego typu gówno - jak mawia Lars Ulrich) było to sporym zaskoczeniem.

I co najważniejsze - utwór One nie jest zwykłą zacieszką filmu Daltona Trumbo. To osobne dzieło, które ogólną tematyką jest zbieżne z filmem. A tak potrafią robić tylko najwięksi.

Metallica wędrowała już w inne obszary kultury masowej, wraz z nią dzieło Daltona Trumbo, które zostało na zawsze unieśmiertelnione. Bo zawsze gdy rzuci się hasło Metallica, to padnie słowo One, a potem teledysk do tego utworu i wreszcie film, z którego pochodzą te denerwująco - niepokojące fragmenty.

To z filmu "Johnny poszedł na wojnę" Daltona Trumbo.

© 2008 Zrecenzował Squonk

Metallica - "One"



< POSTKULTURA | << FILMY